Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzmot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzmot. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 września 2014

(Dzielnica Ludzi) Od Zakiela

Czułem się co najmniej idiotycznie, dyndając jak baleron na plecach Akatsukiego. W duchu przeklinałem swoją słabość i głupotę.
- Nie chciałbyś stać się silniejszy? - Zapytał nagle. Prychnąłem.
- Jakby to było możliwe z tym ludzkim ciałem - wskazałem na siebie z rezygnacją, ale chyba tego nie zauważył.
- Znam na to sposób - brzmiało to jak tekst z taniej reklamy - Może byś zaczął trenować, żeby stać się silniejszy? Mógłbym nawet ci w tym pomóc - zaoferował się. Zacząłem nad tym myśleć. Nie był to nawet taki zły pomysł. Co innego mi pozostawało w obecnej sytuacji?
- Czemu nie? - spróbowałem wzruszyć ramionami, ale nie byłem w stanie, wisząc na Akkim. Zauważyłem że uśmiechnął się jakoś tak...drapieżnie. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale postanowiłem się tym nie przejmować.
- Jutro o 5:30 pod moim domem - powiedział po chwili.
- Czemu tak wcześnie? - jęknąłem.
- Bo ja tak powiedziałem - odparł prosto.
- Nie wiem, gdzie mieszkasz... - zauważyłem przytomnie. Nie odwracając głowy podał mi adres. - Jeszcze jakieś problemy? - zapytał. Pokręciłem głową, nie mając już siły ani ochoty rozmawiać. Właściwie zacząłem powoli przysypiać, gdy nagle znalazłem się na ziemi. Konkretnie na twardym kamieniu. Rozejrzałem się, nieprzytomnie. Siedziałem na bruku przy wejściu do miasta. Akki akurat oddalał się w stronę centrum.
- Co ty odpierniczasz? - krzyknąłem za nim. Odwrócił się ze zdziwioną miną.
- Jak to? Miałem cię odnieść "do miasta". Jesteś w mieście czy nie?
- Ty sobie jaja robisz... - mruknąłem. Wzruszył tylko ramionami i poszedł dalej. Skrzyżowałem ręce na piersi i milczałem uparcie. Tym razem nie miałem zamiaru o nic go prosić. Poza tym musiałem zacząć się zastanawiać, co ze sobą dalej zrobić. Zaczynało już się robić szaro. Ostatkiem sił wstałem, przytrzymując się ściany pobliskiego budynku. Nie zdziwiłbym się, gdyby Akatsuki siedział sobie gdzieś w pobliżu, obserwując mnie i mając niezły ubaw. Zatopiony w myślach nie zauważyłem, jak skończył mi się budynek. Nagle straciłem podparcie i runąłem jak długi. Wczołgałem się w pobliski zaułek i zasnąłem, osiągając kres swoich możliwości. Po, jak mi się wydawało, kilku sekundach, poczułem lekkie szturchnięcie w ramię. Potem następne i następne. W końcu udało im się wyrwać mnie z krainy Morfeusza. Jęknąłem, kiedy wróciła mi przytomność. Nadal było ciemno. Nade mną stała starsza pani i dźgała mnie końcem laski.
- Dobrze się czujesz, synu? - zapytała.
- Um...ja...nie... - wydukałem, jeszcze jedną nogą we śnie.
- Nieźle przyćpaliśmy? - uśmiechnęła się.
- Ja nie... - zerwałem się do pozycji siedzącej i zaraz tego pożałowałem, gdy zakręciło mi się w głowie.
- Dobra, dobra, ja swoje wiem. Wejdź do domu, zmarzniesz - powiedziała, wskazując otwarte drzwi do domu po drugiej stronie ulicy, z których sączyło się ciepłe światło. Nie miałem siły ani chęci się z nią kłócić, a ciepłe łóżko kusiło. Wypoczywałem na tyle długo, że teraz byłem w stanie stanąć i dojść do jej domu. Wchodząc, spojrzałem na zegar ścienny, wiszący na korytarzu. Pierwsza piętnaście. Poprowadziła mnie półprzytomnego do małego pokoiku gościnnego i zostawiła z życzeniami "dobrej reszty nocy". Nie pamiętam nawet, jak znalazłem się pod kołdrą w samej bieliźnie. Zasnąłem od razu.

Rano obudził mnie zapach smażonych jajek i kawy. Poderwałem się, przypominając sobie, gdzie jestem. Na krześle obok łóżka leżała złożona koszula, krawat i jeansy. Moje stare ubranie gdzieś zniknęło. Ogarnąłem się przy umywalce, wystającej z jednej ze ściany i wyszedłem na korytarz. Podążyłem za zapachem śniadania i trafiłem do kuchni, gdzie ciemnowłosa dziewczyna robiła właśnie jajka sadzone.
- Cześć - powiedziałem, wchodząc. Odwróciła się, zdziwiona, po czym odwzajemniła powitanie. Miała...dziwne tęczówki, jakby rozszczepione, co na chwilę odebrało mi mowę.
- Która godzina? - wydukałem w końcu. Spojrzała na zegarek.
- Siódma dwadzieścia trzy.
- O cholera... - wymsknęło mi się. Spojrzała na mnie pytająco - jestem już spóźniony - wyjaśniłem, po czym odwróciłem się do wyjścia. Ku mojemu zdziwieniu na drodze do niego zmaterializowała się ta sama starsza Pani, która zgarnęła mnie dzień wcześniej z ulicy.
- Jak się czujesz? - zapytała z uśmiechem.
- Dobrze, dziękuję. Ja...muszę już iść, czy mogę wpaść po ubrania popołudniu? - głupio mi było tak wychodzić, ale nie chciałem jeszcze bardziej spóźnić się na trening.
- Oczywiście, synku. Będę czekać z obiadem - powiedziała, mijając mnie. Chciałem zaprotestować, ale w tym momencie zegar na korytarzu wybił siódmą trzydzieści, więc po prostu wybiegłem na zewnątrz. Od razu skierowałem się do dzielnicy mroku. W tym momencie zorientowałem się, że nie pamiętam adresu, który dał mi poprzedniego dnia Akatsuki. Stanąłem na środku chodnika i próbowałem przypomnieć sobie gdzie mieszka. Zacząłem mijać kolejne znaki, mając nadzieję, że skojarzę nazwę ulicy, gdy ją zobaczę.
- Zakiel... - usłyszałem w pewnym momencie. Odwróciłem się. Za mną stał z założonymi rękami Akatsuki.

poniedziałek, 22 września 2014

(Dzielnica Ludzi) Od Zakiela

Do mojej świadomości przebiły się głosy. Po raz pierwszy w życiu słyszałem czyiś głos, ale nie rozumiałem słów. Dopiero gdy rozmawiający podeszli bliżej mogłem zrozumieć, o czym rozmawiają.
- Jest sam, będzie całkiem łatwą ofiarą - powiedział chłopak. Nie miałem wątpliwości, że mówi o mnie.
- Wiecie co, polowanie na ludzi to całkiem niezła rozrywka.
- Polowanie na wilki byłoby ciekawsze.
- Ale tym zajmuje się Jacklyn, Lenea i Kali.
- Cóż koniec rozmowy, pora na zabawę - wstałem powoli, przyglądając im się czujnie. Postanowiłem wyprzedzić ich atak. Wyszarpnąłem pistolety. A raczej pistolet, bo przy jednej z broni zaciął się pasek, zabezpieczający ją przed wypadnięciem z pokrowca. Przekląłem w duchu i złapałem wolny pistolet w dwie ręce. Oddałem kilka strzałów, jednak bez wilczych mocy nie byłem w stanie nadążyć za ruchami przeciwnika. Poczułem, jak narasta we mnie panika. Ręce zaczęły mi drżeć, prawie uniemożliwiając strzelanie. Normalnie rzuciłbym w tej chwili broń gdzieś na bok i zmienił się w wilka, uciekając lub rzucając się na nich z pazurami. Gdy opróżniłem magazynek, sięgnąłem po kolejny, przerywając na chwilę ostrzał. Zwykle wyliczałem strzały tak, żeby podczas uzupełniania amunicji wciąż używać drugiego pistoletu, jednak ten cholerny pasek uniemożliwił mi to. Chwilę spokoju wykorzystała kobieta, podchodząc do mnie i brutalnie łapiąc mnie za kołnierz. Podniosła mnie tak, żeby materiał owinął się wokół mojej szyi, powoli mnie dusząc. Chciałem jeszcze walczyć, wstrzykując jej miksturę usypiającą, którą kiedyś potraktowałem Akatsukiego, ale bałem się zwolnić uścisk na jej przedramieniu, żeby nie zmiażdżyła mi kręgosłupa. Zacząłem tracić przytomność.
- Co powiecie na to, żeby zakończyć tą zabawę w tym momencie? - jak spod ziemi wyrósł Akatsuki i bez dalszych ostrzeżeń odrąbał dziewczynie rękę. Opadłem bezwładnie na ziemię, łapiąc ciężko oddech. Rozpiąłem kołnierzyk, który nagle zaczął mnie strasznie uciskać. Obok swojej dłoni zobaczyłem upuszczony wcześniej pistolet. Złapałem go machinalnie i dopiero podniosłem głowę, akurat żeby zobaczyć, jak Akatsuki przeprowadza piękną, czystą dekapitację jednego z napastników. Odwrócił się do mnie i niedbale wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać. Oparłem się ciężko o drzewo.
- Co, doktorku, nie dajemy sobie rady gdy dochodzi do prawdziwej walki? - zaśmiał się szyderczo. W nagłym przypływie gniewu zamachnąłem się, żeby dać mu w twarz, ale mnie samemu moje ruchy wydawały się powolne i niezgrabne, a co dopiero jemu. Z łatwością uniknął ciosu i załadował mi kopniaka w brzuch. Zgiąłem się wpół i upadłem na kolana.
- Żałosne - mruknął nade mną. Gdy nie odpowiedziałem kucnął przy mnie.
- Powiedz, ile razy ktoś musiał cię ratować? Patrząc na dzisiejszy popis umiejętności... - zaczął mówić przyciszonym głosem.
- Sprawia ci to jakąś chorą przyjemność?! - przerwałem mu ostro. Wstał, uśmiechając się.
- A żebyś wiedział. I to jaką! Jedna walka, w której kopią ci tyłek i mam humor poprawiony na tydzień! - rozłożył szeroko ręce, podkreślając swoje słowa. Powoli podniosłem się do pionu, głównie za sprawą drzewa, które rosło obok.
- A właściwie to czemu po prostu nie zmieniłeś formy na wilczą i nie pozagryzałeś tych ścierw? - zapytał nagle, patrząc na mnie wyczekująco. Nie zamierzałem mu się zwierzać. Nie miałem ochoty nawet go oglądać. Milcząc zrobiłem krok w stronę miasta. Chwilowe niedotlenienie i dość brutalny sposób Akatsukiego na odpłacenia mi za zamach na jego twarz osłabiły mnie jednak na tyle, że przy najmniejszej próbie ruchu nogi się pode mną ugięły. Stojący obok chłopak złapał mnie raczej z odruchu, niż z własnej woli.
- Puść mnie! - krzyknąłem, wiedząc jak niedorzecznie się zachowuję. Oczywiście gdy straciłem podparcie moja twarz miała okazję na przywitanie się z ziemią.
- Zamierzasz udawać, że sam wrócisz do miasta? Dobra - wzruszył ramionami i z rękoma w kieszeni zaczął się powoli oddalać.
- Nie mogę... - powiedziałem cicho. Zatrzymał się.
- Mówiłeś coś? - rzucił niedbale przez ramię. Przełknąłem dumę i niechęć do Akatsukiego.
- Ja... ja już nigdy nie zmienię się w wilka - szepnąłem.
- Skąd to postanowienie? - wzruszył ramionami, nieporuszony.
- Nie rozumiesz. Ja nie mogę się zmienić - powiedziałem głośniej.
- Niby czemu? - odwrócił się. W jego oczach zobaczyłem delikatny cień zainteresowania. Najwyraźniej nie mógł pojąć, że wilk może stracić możliwość przemiany.
- Do cholery nie chodzi tu o żadne moje postanowienia! Ja po prostu jestem teraz zwykłym człowiekiem, jesteś zbyt tępy, żeby to pojąć?! - krzyknąłem.
- Ciekawe... - powiedział po chwili. Znów zapadła między nami cisza.
- Pomóż mi - wypowiedzenie tych dwóch słów wymagało ode mnie dużego wysiłku. Oparłem czoło o ziemię, czując się doszczętnie pokonany i upokorzony, ale Akatsukiemu to nie wystarczyło. Ukucnął przy mnie.
- No nie wiem... - zastanawiał się.
- P...proszę - wydukałem z goryczą.
- Podoba mi się, gdy prosisz. Błagaj dalej, a może się zastanowię - wzruszył ramionami i wbił we mnie świdrujący wzrok, najwyraźniej bardzo zadowolony z siebie. Jeśli gdzieś tam jeszcze zachowałem resztki godności, teraz musiałem całkowicie je odrzucić.
- Ja... - odetchnąłem głębiej, próbując wyrzucić z siebie tą wiązkę słów - Błagam, pomóż mi wrócić do miasta - powiedziałem cicho i zamarłem, czekają na jego reakcję.

(Dzielnica Ludzi) Od Zakiela

- Start! - krzyknął Akatriel i popędził na przód, zmieniając się w wilka. Nie zamierzałem zostać w tyle. Jednak gdy wysłałem ciału polecenie przemiany, ta nie nastąpiła. Stanąłem jak wryty, próbując zrozumieć, czemu nie doświadczyłem dziwnego uczucia zmiany postaci. Spróbowałem ponownie, znów bez skutku. Spojrzałem na swoje dłonie, jakby wzrok mógł sprawić, że zmienią się w wilcze łapy, ale nic to nie dało. W tym czasie Akatriel zorientował się, że coś jest nie tak i wrócił do mnie, przekrzywiając głowę pytająco.
- Ja...ja nie mogę się zmienić... - powiedziałem z trudem. Wtedy nogi się pode mną ugięły, jakby dopiero powiedzenie tego na głos uświadomiło mi prawdę. Tylko szybka przemiana i pomoc ze strony Akatriela uchroniły mnie przed upadkiem. Nie pamiętam jak znalazłem się z powrotem w hotelu, ze szklanką wody w jednej ręce i solami trzeźwiącymi w drugiej.
- Byłeś w takim stanie, że musiałem... - zaczął się tłumaczyć Akatriel, ale przerwałem mu ruchem ręki.
- Czy ty wsypałeś to do wody? - zapytałem rzeczowo.
- Technicznie rzecz biorąc to ty to wsypałeś... - w tym momencie miałem ochotę go udusić.
- Zdajesz sobie sprawę, że żyję jeszcze tylko dlatego, że główna trucizna w tym zawarta, nie rozpuszcza się w wodzie? - wskazałem nalot na ściankach szklanki, po czym poszedłem do łazienki, dla pewności przepłukać usta. Oparłem się ciężko na umywalce, myśląc gorączkowo. Co może blokować przemianę? Stres? Odpada. Sytuacja raczej nie była stresująca. Może jakaś roślina, rosnąca w tamtym miejscu wydziela substancję, blokującą przemianę? Nie, Akatriel przecież nie miał z tym problemu. Uraz mechaniczny? Od poprzedniej przemiany nic mi się nie stało... Wtedy mnie olśniło. Pobiegłem do kuchni po książkę zielarską. Zacząłem ją gorączkowo wertować w poszukiwaniu przepisu. Jeszcze raz przejrzałem skład, tym razem próbując odgadnąć działanie eliksiru na podstawie właściwości każdego z jego składników. Na próżno. Zacząłem myśleć o antidotum. Praktycznie niemożliwe do wykonania - zbyt skomplikowane związki składają się na miksturę. Opracowanie odtrutki na każdy element może trwać latami. Poczułem, jak do oczu napływają mi łzy. Wiedziałem, a raczej czułem, że już nigdy nie zmienię się w wilka.
- Zakiel? - usłyszałem zza siebie. Odwróciłem się. W drzwiach stał Akatriel, patrząc na mnie z litością. Nienawidziłem tego spojrzenia. Nienawidziłem, gdy ktoś się nade mną litował. Ze złością wybiegłem z pomieszczenia. To, że nie wyczułem go wcześniej tylko potwierdzało moje obawy. Oprócz możliwości zmiany formy straciłem również inne wilcze cechy - wyostrzone zmysły, szybszy refleks. Zbiegłem schodami i wyszedłem na ulicę. Pobiegłem przed siebie, nie dbając o to, gdzie poniosą mnie nogi. Za miastem padłem na ziemię, nie będąc w stanie zrobić już ani kroku. Wczołgałem się pod krzak czarnego bzu i zwinąłem się w kłębek. Miałem ochotę się rozpłakać. Miałem ochotę rozryczeć się jak dziecko, wypominając sobie głupotę, ale nie mogłem. Jakaś niewielka część mnie wciąż wierzyła że można to jakoś odkręcić. Jakaś malutka, optymistyczna część mnie wierzyła, że to tylko niesamowicie realistyczny koszmar, że zaraz obudzę się normalny. Zdrowy rozsądek podpowiadał mi jednak, że to nie jest sen.
Stałem się człowiekiem.

niedziela, 21 września 2014

(Dzielnica Ludzi) Od Zakiela

Akatsuki zachowywał się...dziwnie. Przemknął obok mnie, jakbym miał mu zrobić krzywdę, gdy zbliży się chociaż centymetr bliżej. Gdy zniknął mi z pola widzenia, wzruszyłem ramionami i ruszyłem z powrotem do pokoju. Tuż pod drzwiami uderzyło mnie wspomnienie, które dotychczas było tłumione przez nadmiar wrażeń. Czerwono-biały kwiatek na parapecie w kuchni, którego widziałem, wchodząc do łazienki. Niepozorną, piękną i śmiertelnie niebezpieczną a do tego uznaną za wymarłą "Czerowną śmierć". Wbiegłem do pokoju, już myśląc o tych wszystkich magicznych eliksirach, które będę mógł z niego zrobić. Delikatnie wziąłem w ręce doniczkę i podniosłem do światła. Roślina była trochę podwiędnięta, najwyraźniej nikt nie wiedział, jak się z nią obchodzić. Bez zastanowienia wyjąłem flaszkę "magicznej wody" - jak zwykłem nazywać płyn stymulujący rośliny. Był stosunkowo tani i łatwy do przygotowania, więc nie żałowałem pozbycia się całej buteleczki, byle przywrócić kwiatek do życia. Z uwagą obserwowałem, jak rozkwita w oczach. Potem zrobiłem rundkę po wszystkich pokojach, zbierając każdą doniczkę, jaką zauważyłem, z wyjątkiem wielkich palm, stojących na korytarzu, do których dosadziłem dotychczasowych lokatorów doniczek, Następnie zaniosłem wszystko do kuchni i delikatnie oderwałem od "Czerwonej śmierci" kilka nowo wyrośniętych odnóg - efektu ubocznego działania eliksiru i powsadzałem je do pustych doniczek. Na każdą sadzonkę przeznaczyłem kropelkę praktycznie bezcennego, złotego płynu, dzięki któremu w godzinę powinny osiągnąć całkowicie rozwiniętą formę. Odetchnąłem głębiej, żeby uspokoić łomoczące z podniecenia serce i usiadłem przy stole. Wyciągnąłem z torby książkę zielarską i zacząłem przeglądać, szukając przepisów zawierających ten kwiat. Nie było ich dużo, ale każdy miał niesamowite właściwości. Najbardziej zafascynował mnie jeden, z dopiskiem "stosować wyłącznie wilkom w zwierzęcej postaci, podanie człowiekowi grozi śmiercią" oraz nieznanymi właściwościami.  Postanowiłem ten właśnie wypróbować jako pierwszy. Przez resztę czasu, potrzebnego roślinkom na wytworzenie kwiatów przygotowywałem wszystkie pozostałe składniki eliksiru. Z dwóch nowo powstałych Czerwonych śmierci odciąłem kwiaty i zmieliłem w moździerzu. Po chwili eliksir był gotowy. Porównałem jeszcze wygląd płynu z tym, opisanym w książce, po czym wlałem go do pierwszej lepszej miski, którą znalazłem. Normalnie wypróbowałbym go na jednym z prywatnych królików doświadczalnych, zwanych członkami watahy, ale wszyscy odeszli, więc został mi tylko półżywy Akatriel, z którym nie chciałem ryzykować, Akatsuki, który gdzieś pobiegł i chyba do końca życia nie przyjmie ode mnie żadnej substancji oraz ja sam. Westchnąłem.
- Dla nauki! - powiedziałem bez specjalnego zapału, przeżegnałem się, żeby w wypadku śmierci mieć jakieś fory na górze i zmieniłem postać w wilczą. Szybko wypiłem całą dawkę, żeby ewentualne konwulsje nie przeszkodziły mi w dokończeniu. Nic takiego jednak się nie stało. Właściwie nic się nie stało. Siedziałem chwilkę w bezruchu, czekając na...cokolwiek. W końcu doszedłem do wniosku, że "nieznane właściwości" oznacza "brak właściwości". Prawdopodobnie był to przepis na zniwelowanie trucizny zawartej w płatkach kwiatu, inaczej leżałbym już dawno martwy na podłodze. Zmieniłem postać na człowieczą i posprzątałem po sobie. Wróciłem do salonu i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Akatriel siedzi przed telewizorem.
- Długo tu jesteś? - zapytałem, siadając obok niego.

środa, 17 września 2014

(Dzielnica Ludzi) od Zakiela

Skończyłem opatrywać zranioną łapę jednego z moich towarzyszy. Wstałem i przeciągnąłem się. Wszyscy członkowie mojej watahy patrzyli na mnie z wyczekiwaniem. Spojrzałem po znajomych twarzach i nie mając im nic dobrego do zakomunikowania, wymownie zacząłem przeglądać zapasy medykamentów, które trzymałem w szczelnie zamkniętych probówkach na lewym udzie. Z niepokojem policzyłem, ile kieszonek jest pustych. Wysłałem najzwinniejszego ze stada, aby wspiął się na pobliskie drzewo i zobaczył, czy widać jakąś osadę ludzką. Życie w dużych lasach zaczynało mnie już męczyć. Brakowało tu wszystkiego, co lubiłem - naboi, odczynników chemicznych, kończyły mi się też preparaty do czyszczenia ukochanych pistoletów. Co dziwne, reszcie takie warunki wydawały się odpowiadać. Gdy uśmiechnięty chłopak zlazł w końcu z drzewa, podjąłem już decyzję. Zarządziłem natychmiastowy wymarsz i zmieniłem się w wilka. Poprowadziłem watahę w stronę zabudowań. Kilometr od miasta przemieniliśmy się w ludzkie postacie. Stanowiliśmy dość dziwny widok - zgraja bardzo różnorodnych młodych ludzi, od punków po szare myszki przedzierająca się przez las. Nie zwracanie na siebie uwagi mięliśmy załatwione na wejściu. Przy pierwszych zabudowaniach powiedziałem, żeby rozeszli się, gdzie chcą, nakupowali, co im tylko pasuje i byli w tym samym miejscu za kilka godzin. Młodszym wydzieliłem stosowną ilość gotówki ze wspólnego banku pieniędzy i ruszyłem w stronę apteki, aż drżąc na myśl o tych wszystkich odczynnikach chemicznych i perspektywie zabawy z nimi wieczorem. Już wyobrażałem sobie siebie, siedzącego przy ognisku i starannie odmierzającego dawki substancji, które po połączeniu działały leczniczo lub przyspieszały krzepnięcie krwi. Musiałem też wypróbować na kimś nową mieszankę chemiczno-ziołową, której proporcje obmyśliłem kilka tygodni wcześniej. W teorii powinna zatamować krwawienie, oczyścić ranę i przyspieszyć gojenie. Jak będzie to wyglądało w praktyce? Świetne pytanie, na które odpowiedź zamierzam znaleźć już tego wieczoru. Wszedłem do największej apteki, jaką znalazłem i z uśmiechem wyciągnąłem długą listę nie tylko związków chemicznych, ale także zwykłych leków, produkowanych masowo przez koncerny farmaceutyczne. Jak zwykle nie udało mi się zdobyć wszystkiego w jednym miejscu, więc po wyjściu zamierzałem zrobić rundkę po pozostałych sklepach specjalistycznych w mieście, gdy nagle poczułem znajomy zapach. Czuły, wilczy węch nie mógł mnie mylić. Z niedowierzaniem ruszyłem w stronę jego źródła. Mijałem właśnie róg hotelu, gdy z pełnym impetem wpadł na mnie jakiś chłopak. Mimo że kabura na fiolki, którą nosiłem na biodrze była przygotowana do chronienia zawartości nawet przy mocnych uderzeniach, odruchowo sprawdziłem, czy wszystkie naczynka są całe. Dopiero później spojrzałem na osobnika, z którym miałem bliski kontakt trzeciego stopnia. Całkiem wysoki chłopak o czarnych włosach z granatowym odcieniem. Na plecach niósł tego, którego zapach mnie tu zwabił. Akatriel nie wyglądał na rannego, ale niewątpliwie był nieprzytomny. Blada skóra i spuchnięte, podkrążone oczy wskazywały na... potrząsnąłem głową. To nie był czas ani miejsce na diagnozy. Ach te skrzywienia zawodowe.
- Ummm, mogę wiedzieć czemu i gdzie niesiesz mojego nieprzytomnego przyjaciela? - zapytałem. Jakoś zacząć rozmowę musiałem, a nic innego mi do głowy nie przychodziło.
- To twój znajomy? - Zapytał. - To znacznie ułatwia sprawę - stwierdził tajemniczo. - Mógłbyś go zabrać na górę, mieszka na ostatnim piętrze. Nawiasem mówiąc przydałaby się mu jakaś pomoc.
- A co się stało? - Ciekawe czy aż tak wyglądam na medyka, że ludzie proszą mnie o pomoc po wymianie ledwie jednego zdania.
- Długa historia. Nie mam czasu opowiadać. Śpieszę się.
- Na pewno wszystko w porządku? - Przyjrzałem się mu. Nie wyglądał najlepiej, Właściwie wyglądał strasznie. Dyskretnie zaciągnąłem się otaczającym go powietrzem i wyczułem ostry zapach krwi. Cały płaszcz musiał nią nasiąknąć. Zakląłem w duchu.
- Nic z tego, idziesz z nami i chyba najpierw zajmę się Twoją raną - powiedziałem, próbujący wyglądać i brzmieć jak profesjonalista.
- To nic takiego. Nie potrzebuję pomocy - odparł jak na mój gust za szybko. - Sam się tym zajmę. Bywałem już w gorszych sytuacjach - po tych słowach odwrócił się z zamiarem odejścia. Stanowczo złapałem go za rękę i zatrzymałem. Nawet się nie szarpnął,co tylko dowodziło mojej racji.
- Daj mi go - powiedziałem, wskazując nieprzytomnego mężczyznę i wzdychając w duchu. Posłusznie przekazał mi Akatriela, a na jego twarzy zobaczyłem przelotny cień ulgi. Bez większego problemu zarzuciłem sobie go na ramię w typowo medyczny sposób i chciałem to samo zrobić z nieznajomym, ale on tylko pokręcił głową, stwierdzając, że ma jeszcze "resztki dumy". Wzruszyłem ramionami  i puściłem go przodem, żeby wskazał mi poprawny pokój. Dotarliśmy na ostatnie piętro przed jego mieszkanie. Otworzyła nam siostra Akatriela, jak ona miała? Angel? W każdym razie powitałem ją uśmiechem, mijając w drzwiach.
- Co się stało? - Zapytała po chwili.
- Radzę poczekać z pytaniami, aż... - chłopak spojrzał pytająco w moją stronę.
- Zakiel - podpowiedziałem, domyślając się o co pyta.
- ... Aż Zakiel sprawdzi, jak on się czuje - skończył. Odchrząknąłem i spojrzałem na niego znacząco, unosząc jedną brew.
- Chyba najpierw powinienem się zająć tobą, zanim się wykrwawisz na śmierć. - powiedziałem.
- Jak wolisz - westchnął zdejmując kurtkę. Ja w tym czasie odłożyłem przyjaciela na łóżko, w międzyczasie szybko sprawdzając mu puls i temperaturę. Gdy nie stwierdziłem zagrożenia życia, odwróciłem się do chłopaka. Mocował się akurat z koszulką, która przykleiła się do rany i najwidoczniej za Chiny nie chciała się odczepić.
- Siadaj - wskazałem fotel. Sprawnym ruchem wyciągnąłem nożyczki i bezceremonialnie rozciąłem materiał.
- Nie przedstawiłeś się - zagadałem, wyciągając jedną z fiolek z zamocowanym na niej dzióbkiem do odmierzania malutkich kropelek.
-Akatsuki - powiedział po prostu. Skropiłem miksturą miejsca, w których materiał przywarł do ciała i rozpuściłem strupy. Strzępki ubrania rzuciłem na podłogę i zacząłem z uwagą oglądać obrażenia, delikatnie muskając palcami obrzeża ran.
- Angel byłabyś tak dobra i przyniosła mi trochę ciepłej wody i szmatek? - zapytałem, nie odrywając wzroku od chłopaka. Usłyszałem oddalające się kroki.
- Jak sobie to zrobiłeś? - Zapytałem. Cięcia były czyste, profesjonalne. Trafiały dokładnie w punkty witalne, ale niezbyt głęboko, jakby przeciwnik nie chciał go tak na prawdę zabić.
- Wpadłem na kogoś nadzwyczaj chętnego do walki - powiedział oględnie. - W dodatku dosyć silnego. - wydawał się coś ukrywać, ale nie wnikałem w szczegóły. Nie było mi to potrzebne w leczeniu, więc nie było mi to potrzebne w ogóle. O jedną rzecz musiałem jednak zapytać wprost.
- Masz jakieś zdolności samoleczenia? - nie odpowiedział od razu, pewnie zastanawiając się, ile może mi ujawnić.
- To ważne, bo chcę cię leczyć...niekonwencjonalnymi metodami - uściśliłem i spojrzałem mu w oczy wyczekująco.
- Można tak powiedzieć - westchnął w końcu. - Normalnie takie zadrapania nie sprawiłyby mi zbyt dużego problemu w walce, a ich uleczenie zajęłoby mi około 2-3 minut. Nie wiem czemu tym razem jest inaczej - zmarszczyłem brwi i szybko przeleciałem w głowie listę możliwych przyczyn. Uszeregowałem je według prawdopodobieństwa. Najwyższym priorytetem nie było tak na prawdę uleczenie ran, tylko odblokowanie naturalnych zdolności autoleczniczych. Najpierw na próbę posypałem jedną z mniejszych ran proszkiem złożonym z różnych substancji, odpędzających klątwy, ale nic to nie dało. Podałem mu więc lek niwelujący najpopularniejsze trucizny. Odzyskał trochę kolorów na twarzy, ale rany wciąż krwawiły. W końcu wyciągnąłem maść, która powinna złamać lżejsze klątwy. W duchu dziękowałem sobie za dążenie do robienia moich leków jak najbardziej uniwersalnymi, dzięki czemu nie musiałem teraz testować wielu substancji po kolei. Nabrałem trochę smarowidła na palce i przyłożyłem do rany. Strasznie babrało się z wciąż płynącą krwią, ale ku mojemu zadowoleniu zauważyłem, że maść jakby zniszczyła pewną warstwę, blokującą leczenie. Rana rzeczywiście zaczęła zasklepiać się w oczach, więc już nie zwracałem na nią uwagi i zająłem się kolejnymi. W milczeniu kontynuowałem nieprzyjemną pracę, aż ostatnia rana nie zniknęła. Z westchnieniem spojrzałem na puste pudełko i zakodowałem sobie, jakie składniki dopisać do listy. Wrzuciłem pojemniczek do miski z breją złożoną z wody, szmatek, krwi i resztek kremu, po czym zaniosłem to do łazienki. Nie chciało mi się teraz myć naczyń, więc po prostu opłukałem ręce i zostawiłem miskę w umywalce. Wróciłem do pokoju.
- Dzięki - powiedział ni z gruszki ni z pietruszki Akatsuki i wstał.
 - Dokąd idziesz? - Spojrzałem na niego czujnie. To chyba typ "nic mi nie jest, tylko wróć tu za godzinę, bo będę miał krwotok wewnętrzny".
 - Potrenować - odparł. Jego szczerość trochę zbiła mnie z tropu.
 - Teraz powinieneś odpocząć - aktualnie nie wymyśliłem nic lepszego.
 - Nie ma takiej potrzeby. Nie mam czasu odpoczywać - "jak każdy" odparłem w duchu, ale głośno przedstawiłem tylko jedyną racjonalną opcję.
 - Jak teraz nie odpoczniesz to potem tylko pogorszysz swój stan - westchnąłem. Czułem, że nie obejdzie się bez radykalnych środków.
 - Jeśli teraz nie będę ćwiczył, to potem mogę przez to następnym razem źle skończyć w walce z nim - podczas, gdy przedstawiał mi te śmieszne argumenty, dyskretnie przesunąłem się w stronę drzwi, blokując mu drogę ucieczki.
 - Nigdzie stąd nie idziesz - uśmiechnąłem się, wyciągając strzykawkę, przygotowaną na takich właśnie pacjentów.
 - Chyba sobie stroisz żarty... - Nie odpowiedziałem, bo w myślach szybko liczyłem odpowiednią dawkę. Połowa pojemności cylindra. Muszę nie tylko uważać, jak wbijam igłę, ale także jak mocno naciskam tłok. Spróbował wybić się z górę, lecz całą siłę włożoną w wyskok zamortyzował niezwykle miękki fotel. Bez większego problemu unieruchomiłem mu rękę i sprawnym ruchem wprowadziłem odpowiednią dawkę substancji. Zadziałała od razu. Gdy opadał z powrotem na fotel, złapałem go delikatnie i przeniosłem na łóżko w drugim pokoju. Chyba już tego nie zakodował. Odruchowo sprawdziłem ogólny stan zdrowia - puls, temperaturę, reakcję na bodźce. Wszystko było w normie, potrzebował tylko odpoczynku. Zauważyłem Angel śpiącą na kanapie, więc delikatnie wyjąłem koc spod jej stóp i okryłem ją.
- Zakiel... - usłyszałem za sobą słaby głos. Odwróciłem się gwałtownie. Z bladej twarzy wpatrywała się we mnie para przenikliwych, zielonych oczu. Przysunąłem sobie krzesło i usiadłem przy węzogłowiu łóżka.
- Jak się czujesz? - zapytałem z troską, przyglądając mu się. Spróbował się zaśmiać, ale z jego gardła wydobył się tylko niewyraźny charkot.
- Wiesz, że dokładnie to samo powiedziałeś, gdy poznaliśmy się po raz pierwszy?
- Pięknie, teraz mu się zebrało na wspomnienia... - rozłożyłem ręce z uśmiechem.
- Łeb mnie napiernicza, ale oprócz tego da się znieść - powiedział bardzo konkretnie. Podałem mu dwie fiolki.
- Najpierw łyknij czerwoną, potem przeźroczystą - podałem mu dwie fiolki i poszedłem do łazienki posprzątać po pracy. Przez otwarte drzwi obserwowałem Akatriela i pilnowałem, aby nie zadławił się podczas przyjmowania leków. Później stanąłem na środku pokoju, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Było już na tyle późno, że wszystkie sklepy na pewno były już zamknięte, a godzina spotkania z watahą jeszcze nie nadeszła, więc po prostu usiadłem i z nudów zacząłem polerować broń. Zawsze była w doskonałym stanie, więc nie było to zajęcie na długo.  Zostawiłem krótką notkę na stole i wyszedłem. Nikt, oprócz Angel, nie powinien podnieść się z łóżka co najmniej do rana. Włóczyłem się powoli ulicami, z nieukrywaną radością wciągając specyficzną mieszankę spalin i zapachów różnego pochodzenia, które stanowiły miastowe powietrze. Usiadłem na ławce w ciemnym parku i rozmyślałem przez ponad 2 godziny. W końcu ruszyłem w stronę miejsca spotkania z watahą. Wszyscy już na mnie czekali. Stanąłem na środku i, jakby nieswoim głosem, zakomunikowałem im, że zostaję w mieście.
- Kto chce, może zostać ze mną. Do niczego nie zmuszam - popatrzyłem po zszokowanych twarzach. Nie dziwiłem im się, w końcu nie co dzień Alfa opuszcza watahę w taki sposób. Nikt nie wyraził chęci pozostania ze mną, więc uśmiechnąłem się i wskazałem osobę, która będzie moim następcą. Nowy przywódca podszedł do mnie. Żaden z nas nie wiedział, co powiedzieć, więc po prostu poklepałem go po plecach i życzyłem powodzenia. Odwzajemnił pozdrowienie i odwrócił się, zarządzając wymarsz reszty ekipy. Stałem w miejscu jeszcze kilka minut po zniknięciu ostatniego osobnika w lesie. W końcu westchnąłem, czując jak z barków spada mi ogromny ciężar. Nie mogąc powstrzymać uśmiechu ruszyłem z powrotem do hotelu.