niedziela, 20 lipca 2014

(Wataha Mroku) Od Aurory

Ten świat był wyjątkowo nudny. Te same gwiazdy świeciły się codziennie na tym samym niebie w identycznych miejscach, nie podróżowały jak poprzednio. Były pozbawione życia; nudne, jednostajne, milczące i nieważne. Tutaj ułożenie gwiazd nic nie znaczyło, nie ważne było czy krzyż południa nie wskazywał północy czy wielki wóz odwrócił się chochlą do góry. Nikt nie zwracał uwagi na gwiazdy.
Postanowiłam więc, że muszę opuścić na jakiś czas to beznadziejne miejsce. Spakowałam rzeczy (łącznie z tą przebrzydłą suszarką) i zarzuciłam sobie torbę na ramię. Napisałam list Phantomowi i pewna siebie wymaszerowałam z mieszkania. W końcu się trochę rozerwę..
Miałam trochę pieniędzy i pakunek pełen jedzenia, w sumie byłam pewna, że sobie ze wszystkim poradzę. Dzielna Aurora jest niezniszczalna! Chociaż... no dobra, były pewne wątpliwości. Co jeśli przy okazji rządowe laboratorium przetestuje na ludności nowy wirus i czeka nas apokalipsa zombie? Co jeśli księżyc walnie o Ziemię, która rozpadnie się na kawałeczki? Co jeśli w gorącym jądrze zrobi się czarna dziura i wessie naszą planetę do wewnątrz? Co będzie jeśli tajemnicza mafia kanibali postanowi wyjść na światło dzienne i wpierdolić cały gatunek ludzki? Albo jeszcze lepiej... co jeśli mandarynki się skończą?! Ale fakt faktem - nie byłam bardziej bezpieczna tutaj niż gdziekolwiek indziej. Był jednak jeszcze jeden problem - dawno nie widziałam Shadow'a. Pamiętam jak zagroził mi, że zabije mnie za to jak pomyślałam, że jest "tym strasznie nudnym Alfą Powietrza". Co prawda wtedy interweniowała Aoime i jakoś wyżyłam przez ten czas, ale interesowała mnie jedna sprawa: czy gdybym była bardzo, bardzo, ale to baaaaardzo hen daleko to czy on usłyszy moje myśli..? Nie mam zielonego pojęcia, telepatia nigdy nie była moją mocną stroną. Ale Ao może wiedzieć..
Poszukiwania Ao nie były takie znowu trudne, zlokalizowałam ją na jednej z ulic gdy szła razem z jakąś blondynką. Zastąpiłam im drogę z pełnym uśmiechem i bardzo uprzejmie zaczęłam rozmowę.
- Aoooooime! - przekrzywiłam głowę - Jak ja cię lubię.. - spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Aurooo.. ja też cię lubię. Ale czego chcesz? - znowu ten sam podejrzliwy wzrok.
- Ja muszę czegoś chcieć? - spytałam zdziwiona - Ja? - uderzyłam się w pierś - No co ty! Pfff.. ja.. no dobra, muszę się ciebie o coś spytać, ale to sekundka, minutka dosłownie, serio.. - kiwnęła głową - Wiesz może czy Shadow usłyszy moje myśli jeśli wyjadę? Bo przez cały ten czas czuje się tak głupio obserwowana, a gdyby nie usłyszał to wyrzuciłabym z siebie wszystko co mi się nazbierało o tym gościu...
- Nawet gdybyś była tuż obok niego to Shadow nic nigdy więcej nie usłyszy.. - westchnęła - Stety i niestety.
- Hm..? -mruknęłam zdziwiona - Stracił moce?
- Lepiej..
- Został zombie i z powodu tego, że nie używa już mózgu, o ile kiedykolwiek to praktykował, nie może czytać myśli? - zaczęłam się dopytywać, tak na wszelki wypadek.
- Lepiej... - przewróciła oczami - ..znaczy się gorzej dla niego.
- Wykastrowali go..? - spytałam pół szeptem, jakby zaraz miał się ukazać za rogiem i mnie zabić.
- Co? - spojrzała na mnie zdziwiona - A co to miałoby wspólnego z niemożnością użycia mocy..?
- No bo..." ale moszna? Nie moszna..." - uśmiechnęłam się, a ta przewróciła oczami. - No to brak mi pomysłów.. przecież go nie zabili..
- No tu bym polemizowała.. Shadow nie żyje - wytrzeszczyłam oczy -..a jego miejsce jako Alfy zajęła jego zabójczyni.. nie wiem tylko czy...
- Już ją lubię! - krzyknęłam z podniecenia - Shadow martwy myśli bezpieczne! - uśmiechnęła się lekko, acz tylko przez moment, coś ją chyba jednak martwiło - Chyba muszę jej pogratulować.. ale to później. Odchodzę na wielką wyprawę.. hen, hen..! - skinęłam głową - Żegnajcie! - pomachałyśmy sobie i zostawiłam dziewczyny same.
Oczywiście, jak się pewnie domyślacie, moja wędrówka była kompletnie na ślepo. Nie wiedziałam gdzie chcę dojechać ani co będę tam robiła. Prędzej czy później trafiłam jednak na przystanek, a gdy nadjechał autokar wykupiłam bilet od najdalszego miejsca od Mory i usiadłam na miejscu. Wymiękłam od razu. Obok mnie siedział jakiś mężczyzna, a jechało od niego jak z dupy krowy po wyjątkowo ciężkich przejściach. Chciałam się szybko przesiąść, ale wszystkie inne miejsca pozajmowano, a wizja stania kilka godzin w autobusie.. niet. I cierpiałam dalej..
Gdy po pięciu godzinach jazdy byłam już pewna, że jestem tak najarana tym odorem, że gdy wyjdę na powietrze to zobaczę kosmitów tańczących rumbę, autokar wreszcie zatrzymał się na ostatnim przystanku, a ja wypadłam z niego tak szybko i gwałtownie, że wpadłam na jakiegoś kolesia. Przewróciliśmy się na ławkę, a ławka gibnęła się razem z nami do małego jeziorka. Niech to.. na szczęście moja torba spadła mi z ręki i nie trafiła razem ze mną do 20 centymetrowych głębin miastowego oczka wodnego. Poza tym po tylu godzinach węchowych tortur takie odświeżenie się było czymś przyjemnym, czymś naprawdę niesamowitym! No ale.. chyba mój współwypadkowicz nie podzielał tego zdania.
- Czyś ty kobieto rozum straciła!? - krzyknął i wstał, ale poślizgnął się na dnie i runął na mnie jak długi - Co ty do cholery wyprawiasz?!
- To nie moja wina.. - jęknęłam i wyczołgałam się z sadzawki odkrywając przy okazji, że otoczył nas tłum uśmiechniętych gapiów.
- Jakim trzeba być niedorozwiniętym idiotą żeby tak dziko wypadać z autobusu?! - znowu się wydarł i w końcu wstał, był tak przemoczony jak ja, ale wściekły chyba dziesięć razy bardziej.
- Ja też jestem nieusatysfakcjonowana z tej sytuacji. - spojrzałam na niego wyzywająco - Jakim trzeba być debilem żeby iść sobie spokojnie obok otwierających się drzwi śmierdzącego autobusu? Co: ciebie kręcą takie zapachy?
- Ty idiotko! Odkupisz mi wszystkie ubrania! I spotkamy się w sądzie! - wściekle wycelował we mnie palcem.
- Po moim trupie, obrzydliwy człowieku! Mam gdzieś wasze śmieszne paragrafy i tę twoją paskudną koszulkę; jest okropna i dobrze, że się uwaliła szlamem! - ja tam nie jestem specjalistą od tego typu rozmów, ale chyba nie szło mi tak znowu źle.
- Ty wstrętna...! - nie dokończył bo nagle dało się słychać gwizdek i na miejscu znalazło się dwóch policjantów..


(C.D. Nastąpi później, pewnie niedługo xd)

sobota, 19 lipca 2014

(Wataha Ognia) Od Shane'a

 - Owszem, jest nas więcej. Kiedyś zajmowaliśmy całą krainę, ale za sprawą bogów jesteśmy tutaj. A co do mojej mocy, tak, naturalnie nad nią panuję - zmienił się w człowieka. - Widzisz? Wspomniałeś też, że szukasz domu. Chyba mógłbym coś na to poradzić - uśmiechnął się lekko.
Przemilczałem sprawę bogów, nie miało to większego sensu.
- Naprawdę? Byłbym wdzięczny.
- I nawet wiem, jak się odwdzięczysz. Będziesz w zamian pracował w jednym z moich sklepów.
- Masz sklepy?
- Tak. Zarządzam Apple'm w tym mieście. Wracając do sprawy domu, umowa stoi?
- Tak.
Cholera, nienawidziłem Apple'a.
- W takim razie chodź ze mną, pokażę ci twój nowy dom.
Mieszkanie, które dostałem było w dzielnicy ognia, jak się dowiedziałem. Teraz też już wiem, że są tu różne żywioły, każda ma swoją dzielnicę i swojego "zarządcę", w sumie, alfę, przywódcę. W gruncie rzeczy osobę ważniejszą od innych.

Dom był naprawdę ładny i przytulny. Był dużo lepszy od wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem. Miało całkiem przyjemny rozkład - z malutkiego przedpokoju dalej do saloniku połączonego z kuchnią, a za nią łazienka. Na piętrze trzy większe pokoje i łazienka. Był też strych.
- Hej, nadal nie wiem, jak się  nazywasz - rzuciłem do chłopaka.
- Brisinger.
Kiwnąłem głową.
- Jutro bądź gotowy o ósmej, przyjdę po ciebie - pożegnał się i wyszedł.

Ale ja nie mogłem długo siedzieć w domu, przytłaczał mnie ten spokój, a telewizor denerwował. Nawet mój ukochany rock mnie dzisiaj ostro wkurwiał. Zacierało do mnie docierać, że prawdopodobnie mam na karku seryjnego mordercę i powinienem zacząć czegoś się uczyć, jeśli chcę zachować swój tyłek.
I moi rodzice nie żyją.
Więc wyszedłem pozwiedzać tą okolicę.



Od Akatriela

Widziałem, jak dziewczyna rozkłada tego kretyna na łopatki i zaśmiałem się w duchu. Z jakiegoś powodu wciąż nie mogłem się ruszać. To takie...głupie. Jedno mocniejsze uderzenie w głowę i całe ciało jest do niczego. Po chwili kobieta podeszła do mnie i próbowała mnie podnieść, wyraźnie nie dając sobie rady. W końcu zrezygnowała i stanęła nade mną, wzdychając. Zebrałem się w sobie i spróbowałem wstać. Dopiero za trzecim podejściem udało mi się utrzymać na nogach dłużej niż przez kilka sekund, ale wystarczył pierwszy krok na przód, abym znowu wylądował na twarzy.
Dziewczyna złapała szmatkę, którą wcześniej znalazłem i opatuliła mnie nią, po czym przewróciła na drugi bok. W ten sposób znalazłem się na szmatce, którą kobieta mogła, nie bez większego wysiłku, ciągnąć po bruku. "Świetnie" pomyślałem ironicznie. "Przepraszam, miłośniczko zwierząt, ale nie zostawię moich rzeczy samych całą noc. Albo zawracasz w stronę mojego złomowiska, albo pryskam przy pierwszej okazji."
Niestety okazji nie było. Nieznajoma zaciągnęła mnie pod jeden z tych dużych domów-zamków, do których czasem przychodziłem jako człowiek, aby coś naprawić i zarobić trochę grosza. Wciągnęła mnie po schodach na ganek, wyraźnie starając się nie obić mnie przy tym za mocno.
Do salonu przyniosła trochę koców i uwiła mi legowisko w kącie. Gdy poszła po miskę z wodą, jakimś cudem udało mi się wczołgać się na posłanie. Prawie natychmiast potwornie zachciało mi się spać, jednak otrzeźwił mnie zapach jedzenia. Przełknąłem kilka kęsów i położyłem głowę na kocu, chcąc odpocząć.
- Skąd się tu wziąłeś? - usłyszałem. Otworzyłem oczy i spojrzałem na kobietę, zdziwiony jej pytaniem.
- Z tego, co wiem, w mieście nie ma wilków. - kontynuowała, po czym zamilkła, zamyślona.
- No nic. Zbieram się i życzę dobrej nocy - dodała po chwili i poszła na górę schodami.

(Wataha Wody) Od Hinomoto

Po złapaniu Akkiego było tak jakoś inaczej. Najgorsze było to, że co chwila podskakiwałam jak głupia, co go najwyraźniej śmieszyło.
- Czemu tak podskakujesz? – Zapytał próbując ukryć uśmieszek.
- Po prostu nie lubię jak coś tak znienacka wyskakuje. – Wytłumaczyłam się.
- Doprawdy? – Uśmiechnął się jakby miał jakiś plan.
- Tak, ale to tylko w filmach. – Powiedziałam.
Pomachał tylko głową, po czym dalej się wciągnęłam w film. Nagle coś spadło, a ja przestraszyłam się tak bardzo, że wleciałam na Akkiego i zaczęłam się trząść jak głupia.
- Mówiłaś, że tylko w filmach się tego boisz. – Zaśmiał się.
- To ty? – Uniosłam głowę.
- Może. – Uśmiech niestety nie schodził mu z twarzy, a ja szybko wstałam i usiadłam w normalnej pozycji.
Film akurat się skończył, a ja z automatu wstałam jak najszybciej i wzięłam się za sprzątanie.
- Pomogę. – Wstał.
- Nie trzeba. – Unikałam jego wzroku.
Jednak on wziął się do pracy. Gdy skończyłam myć naczynia, to rozłożyłam mu kanapę i przygotowałam pościel, on chciał pomóc, ale nie pozwoliłam mu na to. Potem szybko pokazałam mu łazienkę. Niestety nie miał żadnej piżamy. Poszedł po nią do sklepu, a ja w tym czasie przebrałam się w piżamę, o ile można to tak nazwać, bo śpię w samej dużej koszulce. Wrócił dość szybko, ale ja już dawno leżałam. On szybko wziął prysznic, gdy po chwili usłyszałam ciekawy szelest i wstałam. Poszłam do dużego pokoju gdzie zastałam ciekawą sytuację. Wadera Mroku stała wściekła trzymając Akkiego za gardło. Zapaliłam światło, a wtedy Wadera lekko zbaraniała.
- Hinomoto? – Zapytała ze zdziwieniem.
- Aoime? – Zapytałam.
- Ten drań nawet Ciebie napastuje?! – Wrzasnęła i zacisnęła dłoń jeszcze bardziej.
- Ao spokojnie, jest okej. Pozwoliłam mu tu spać. A co się stało, że tak reagujesz? – Zapytałam.
- Powiedzmy, że zastał mnie w niezbyt ciekawej sytuacji. – Mruknęła.
- Akki? – Spojrzałam na niego zdziwiona.
- To był przypadek! Kompletny przypadek, po prostu chciałem się z nią spotkać, ale miałem pecha. To był PRZYPADEK. – Mówił nerwowo.
Ao nagle się uśmiechnęła. Szepnęła mu coś na ucho, po czym podeszła do mnie.
- Czyżby coś się między wami działo? – Szepnęła.
- Co? – Zdziwiłam się.
- Ja już wiem swoje. Dla Ciebie trochę go oszczędzę, ale nikomu nie mów, że mu odpuściłam. – Zachichotała.
- Co? Ja.. To nie tak, że coś… - Zaczęłam mówić zmieszana.
- Spokojnie, dopadnę go później, tak byś nie musiała na to patrzeć, ale zaopatrz się w apteczkę i defibrylator. – Margnęła do mnie.
Ja tylko kiwnęłam głową, po czym ona wyszła. Spojrzałam zaskoczonym wzrokiem na chłopaka, po chwili jednak mój wzrok zrobił się zawiedzony. Odwróciłam się gwałtownie i trząsnęłam mocno drzwiami od pokoju. On okazał się tylko zboczeńcem, nikim więcej. To chyba mnie tak wkurzyło. Pozwoliłam sobie jednak moje emocje uciszyć i poszłam spać. Rano wstałam i jak zwykle poszłam pod prysznic. Ubrałam się dość niedbale, bo w końcu i tak nie mam styczności z dużą ilością ludzi. Tyle o ile musiałam dziś iść porozmawiać z szefem. Przygotowałam jakieś śniadanie, a tymczasowy mieszkaniec mego domu wstał w tym czasie. Ogarnął się dość szybko i zasiadł ze mną do śniadania.
- Hinomoto… - Zaczął.
- Wracam po południu, potem wychodzę do innej pracy. Jakbym nie wróciła po południu to znaczy, że jestem zajęta. – Przerwałam mu szybko.
- Nie o to mi chodziło. – Mruknął przygaszony.
Akurat skończyłam i szybko wstałam. Włożyłam naczynia do zlewu i szykowałam się do wyjścia. Nagle poczułam jego wzrok na mnie. Stał oparty o ścianę i patrzył na mnie bez słów.
- Wychodzę. – Powiedziałam i już chciałam wyjść, gdy on nagle złapał mój nadgarstek i przyłożył do ściany.
- Przestań być na mnie zła. To co mówiłem to prawda, to był zwykły przypadek z Aoime. – Powiedział patrząc mi głęboko w oczy.
- Nie była jedyną, którą tak załatwiłeś, więc czego ty ode mnie oczekujesz? – Warknęłam wyrywając mu się i wyszłam zatrzaskując drzwi.
Po drodze do pracy kupiłam sobie mocną  i słodką kawę. Weszłam do biura, a  tam moja współpracownica z uśmiechem trzymała dla mnie jakieś papiery.
- Witaj. – Uśmiechała się od ucha do ucha.
- Hej. – Westchnęłam i usiadłam do biurka.
- Mam dużo spraw paranormalnych. – Powiedziała, kładąc mi stosik kartek na deskę.
- Jest szef? – Zapytałam ignorując to co zrobiła.
- Jest, ale z kimś… - Minęłam ją natychmiastowo.
Okazało się, że u niego w biurze był jakiś mężczyzna, który miał niedługo zostać moim wspólnikiem. Szef miał zamiar za to przenieść mnie znowu do działu plotkarskiego, z czego byłam niezmiernie zadowolona, bo paranormalne rzeczy nie były dla mnie. Zadowolona wróciłam do biurka. Szybko przejrzałam kartki z biurka, wszystkie historie jak dla mnie były zmyślone, albo możliwe do wytłumaczenia w prosty sposób. Nasza agencja miała stronę internetową, gdzie zamieściłam wiele nowych tytułów co do tych karteluszek. Moją opinię szybko poparło wiele osób, zwłaszcza, że byłam chyba najbardziej lubiana osobą w naszych gazetach i innych rzeczach. Po pracy pożegnałam się z dziewczyną, która jeszcze zostawała jak zwykle na dłużej. Ja wróciłam za to do domu.
- Jestem. – Weszłam do domu.
- Okej. – Odezwał się Akki.
- Jestem na 15 minut, potem idę dalej. – Powiedziałam idąc do łazienki.
- Hino możemy pogadać!? – Krzyknął.
- O czym? – Zapytałam, jakbym nie wiedziała.
On stanął w łazienkowych drzwiach i westchnął.
- Czy musimy się kłócić? – Zapytał.
- Ja się nie kłócę. – Powiedziałam pudrując się.
- Czemu jesteś na mnie zła? – Mówił spokojnie.
- Bo jesteś pieprzonym zbokiem i mi raczej nie zamierzałeś o niczym powiedzieć. – Trzasnęłam małym pudełeczkiem.
- To źle? – Stanął za mną i mnie objął w pasie.
- Puść. – Warknęłam i zrobił to natychmiastowo.
- Co mam zrobić żebyś przestała się gniewać? – Spojrzał na mnie jakoś dziwnie.
- Wychodzę. – Zawinęłam się bez odpowiedzi.
Pracowałam dość ciężko. Potem sprawdziłam pocztę, niestety załatwiłam tylko 8 zleceń, po czym jedno było do załatwienia w dość nietypowym miejscu. Nie miałam ochoty informować o niczym Akkiego, bo to niby on jest ten zły, a ja teraz musze iść do klubu dla napalonych facetów, którzy sypią na wynegliżowane panienki kasą. Ruszyłam do domu, z niezwykłym grymasem na twarzy.
- Odpowiesz mi? – Zapytał.
Stanęłam z pochyloną głową i pomyślałam, że może iść ze mną, a nóż widelec dowiem się o nim czegoś więcej.
- Chodź ze mną. – Mruknęłam.
- Gdzie? – Zdziwił się.
- Do klubu. – Odparłam, omijając szczegóły.
- Dobra. – Powiedział i się przebrał.
Ja w tym czasie zmieniłam się nie do poznania. Wyszliśmy i po paru minutach byliśmy już na miejscu.
- Tutaj. – Powiedziałam.
- Przecież to klub Go-Go. – Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Chodź. – Ruszyłam do wejścia.
Ochroniarz wpuścił nas bez problemu, na co Akki zareagował  jakby miał zapytać mimiką twarzy: „Co to kuźwa ma być?”. Usiedliśmy obok mojej klientki.
- Dobrze, że załatwiłaś faceta.- Powiedziała, rzucając gotówkę na stół.
- Taaa.- Odparłam.
- Tam siedzi mój prześladowca, odciągnij go ode mnie. – Wstała i poszła tańczyć.
- Wytłumaczysz mi o co tu chodzi? – Zapytał rozzłoszczony Akki.
- Zrelaksuj się jak na razie, jakby coś się działo to Ciebie zawołam. – Wstałam i poszłam się przebrać.
Akkatsuki posłuchał, ja zaczęłam tańczyć, a mężczyzna zmienił upodobania. Za to Akki już było oblężony przez tancerki. Nagle mężczyzna wstał do mnie i złapał za biodra, po czym jego łapska zaczęły zmierzać z pieniędzmi ku dołowi. Strażnicy nie reagowali, a gdy chciałam wykonać jakikolwiek ruch ochrona patrzyła na mnie jakby mieli mnie później pobić. Ku zdziwieniu zauważyłam na moim brzuchu czerwoną kropeczkę, co oznaczało,  że jestem na muszce. Teraz zrozumiałam desperacje mojej klientki. Rozpaczliwie poszukiwałam pomocy, kiedy nagle partner, z którym dziś tu przyszłam przywalił mężczyźnie w twarz. Wyglądał na wściekłego, za to ja musiałam tańczyć dalej, a  ochrona szła pęczkami w stronę mojego towarzysza.
- Hino zmywamy się.- Złapał mnie za nadgarstek.
- Spójrz na mój brzuch. – Szepnęłam.
- Kuźwa! – Warknął.
- Pieniądze, szybko, wkładaj mi pieniądze, to Cię zostawia. – Szepnęłam.
On natomiast szybko zareagował i dotykał mnie tak by mnie nie zirytować, ale zaczął wpychać pieniądze to tu to tam. Ochrona się cofnęła, jednak mężczyzna chciał już zwiewać.
- Akki, idź za nim i nastrasz go. – Powiedziałam.
- Za to na co sobie pozwolił to go zabije. – Szepnął mi do ucha, przejeżdżając po moim brzuchu.
Nagle nie wiem jakim cudem, ale mnie obronił przed strzałem i szybko uciekliśmy z klubu. Dorwaliśmy mężczyznę, tak jak wilk Mroku powiedział , tak zrobił. Teraz byłam pewna, że klientka będzie bezpieczna.
- Okej, możemy wracać do domu. – Westchnęłam.
-W takim stroju? – Spojrzał na mnie.
Nagle przypomniałam sobie, że jestem tylko w jakimś staniku i ledwo zakrywających punkty intymne spodenkach. Chłopak zarzucił na mnie marynarkę i się uśmiechnął.

- Pojedziemy taxówką. – Złapał mnie za ramię.

(Wataha Mroku) Od Aoime

Ari okazała się być krwiożerczym dzieckiem. Nie było to ani trochę pocieszające...
Zostawiłam ją w nowej miejscówce.

- A ty co za jedna? Czemu mi się tak przyglądasz? -huknęłam na jakąś laskę.
W tym momencie spojrzałam na nią.
- Poznajesz mnie? - uśmiechnęła się w sposób właściwy tylko jej.
- Rapix?
- Wróciłam.
- Myślałam, że przerzuciło cię do innego wymiaru... Dobrze, że jesteś.
Miałam ochotę rzucić się jej na szyję i wycałować, cała złość minęła.
- Cieszę się, że cię widzę, ale czemu tu jesteśmy? Ten świat jest okropny, to ukrywanie się, zwyczaje, to wszystko...
- Sama chciałabym wiedzieć, póki co musimy się dostosować do tego świata. Tobie przydadzą się zakupy.  - Posłałam jej uśmiech i chwyciłam ją za rękę.
Wydałyśmy masę kasy, ja stawiałam. Przy okazji zaopatrzyłam się w nowy łuk, brakowało mi tego.
- Musisz stać się taka jak oni, może na początek znajdziemy ci jakieś lokum.
- Zaczekaj chwilę - powstrzymała mnie. - Powiedz mi co z Shadowem i resztą watahy? - wyraźnie było czuć niepokój w jej głosie.
- Shadow... chodź ze mną.
Doszło do tego, czego trochę się obawiałam, czyli spotkania się dwóch dominujących charakterów, ale kiedyś musiały się spotkać, nie? Rapix i Ari to stanowczo nie jest dobre połączenie.
Wybrałyśmy becie dom, a ja wróciłam do siebie.

Jeśli nadal będę wydawać tyle pieniędzy, a nie znajdę sobie pracy to niedługo wyląduję na bruku. Auć, przykra wizja. Trzeba znaleźć sobie jakąś pracę. Kiedyś nad tym pomyślę...


Sama nie wiem, czemu tam się udałam, ale nie chciałam wracać do "domu" (ten ceglany budynek nawet ze swoim całym urokiem nie był moim domem), ale nie miałam jeszcze większej ochoty na zobaczenie kogokolwiek. Po prostu chciałam zwykłej ciszy i spokoju. Czyli czegoś, co dawne Forever oferowało mi zawsze, o ile tylko udawałam się nad leśny strumyk. Może to kara? Zadośćuczynienie? Za wyrządzone dawno temu zbrodnie? Odebranie kochanego miejsca to zawsze świetny sposób na zdeptanie czyiś uczuć. Przestań być histeryczką.
Tak, pewnie dlatego szwendałam się tymi uliczkami, na które nikt normalny o tej porze by się nie zdecydował.
Z jednego z wielu zaułków usłyszałam straszny hałas. Ruszyłam w tamtym kierunku. Jakiś wilk przekoziołkował się kilka razy i wylądował na wylocie niedaleko moich stóp. Stop. Wilk?
Zaczęłam coś krzyczeć, przestraszyłam się - sama się zdziwiłam, bałam się o życie totalnie nieznajomego mi zwierzaka.  Uklęknęłam przy nim i starałam się ocenić, czy zrobił sobie coś poważnego.
Równie mocno zastanawiało mnie, co robi w środku miasta, tej betonowej dżungli wilk?
Wydawało się, że to nic poważnego, drobne stłuczenie, ale zwierz był dalej nieprzytomny. Spojrzałam w głąb zaułka, jakieś drzwi i kilka zbiorników na śmieci, jakiś facet właśnie zamykał w pośpiechu drzwi. Wstałam i podeszłam do nich, zapukałam tak grzecznie jak tylko potrafiłam. Otworzyły się na całą szerokość. Jakiś dryblas w siatce na łbie szczerzył zęby w ohydnym grymasie.
- Czego chcesz, ślicznotko? Takie dziewczynki nie powinny chodzić tak późno same.
Nic nie odpowiedziałam, tylko kopnęłam go mocno pomiędzy nogi (jakaż ironia, miałam na sobie wyjątkowo ciężkie obuwie dzisiaj, podbijane czubki  i te sprawy), a następnie w plecy, powstrzymałam się przed kopem w potylicę.
- Następnym razem jak postanowisz poturbować jakiegoś zwierzaka przypomnij sobie o mnie, kwiatuszku - przesłałam mu buziaka i odeszłam.
Sama nie wiem, czemu tak zareagowałam. Równie dobrze ten wilk mógł chcieć go zagryźć, ale cholera, to "nasz". Spróbowałam dźwignąć go na ręce i zanieść do siebie, ale po kilkunastu sekundach upadłam na kolana, był strasznie ciężki, a adrenalina spadła i odczuwałam jej skutki.
Zaczęłam myśleć, jakim sposobem przetransportuję go do siebie...

(Wataha Ziemi) od Phantoma

   Odkąd trafiliśmy do tej betonowej dżungli byłem jakiś zagubiony. Mało jadłem, bywały dni, że żyłem o wodzie. Przesypiałem nieraz doby. Nic, ale to NIC mi nie pomagało. Dobrze, że był kawałek parku, jakiś lasek za miastem i co najważniejsze, Aurora. Nie wiem co bym zrobił, gdyby jak niektórzy zaginęła w tym portalu. Nie przeżyłbym takiej straty. Wydaje mi się, że odkąd się tu znaleźliśmy bardziej ją doceniłem, jakby...Mocniej pokochałem.
   Popołudniu udałem się do parku. Jak zawsze, kiedy nie bardzo wiedziałem co począć. Podreptałem wolno alejką w ludzkiej postaci. Ani razu tutaj nie przybrałem formy wilka, z czystej ostrożności. Ludzie nie mieliby litości dla takiego bydlęcia, nie wszędzie spotyka się basiora wielkości konia. trafiłbym do jakiejś klatki i zaraz badaliby mnie pod każdym kątem udając, że nie robią mi niczego złego...
   Nieważne. Przysiadłem na ławce i rozejrzałem się, było kompletnie pusto. Odchyliłem głowę do tyłu, przyglądając się niebu. Tutaj zdawało się jakby...Chłodniejsze. Bardziej szare. Jak wszystko. Nawet drzewa były tu smutne. Nawet, kurwa, drzewa...
   Zacząłem nucić coś pod nosem, odpłynąłem myślami do domu. Do lasów, gdzie czasem ciężko było o kawałek choćby padliny, do polan, rzek, jezior, wodospadu...Pamiętałem jak dziś pomagającą mi Kiche, kiedy przygarnęła mnie takiego rannego, głodnego, zmarzniętego. Zastanawiałem się jak przeżyłem ówczesną zimę. To był jakiś cud. Tak, jak cudem wydawało mi się zostanie samcem alfa. Dopóki nie straciliśmy Kiche...
   W międzyczasie poznałem Aurorę. Później Lizardy, pojawienie się Lanei i...I najpiękniejszy dzień ze wszystkich, kiedy kochana Aurora w końcu stała się moja.
   Właśnie, Lanea. Też ostatnio była jakaś nieswoja. Nie było jej się z reszta co dziwić. Była zakochana. Amei zniknęła, a mojej siostrze znów zawalił się świat. Nie zasłużyła na to, psiakrew. Nie miałem pojęcia za co to biedactwo musiało tak cierpieć.
   Nawet nie zauważyłem, kiedy wśród tych wszystkich wspomnień zeszkliły mi się oczy. Co gorsza-usłyszałem, że ktoś się zbliża. Przetarłem szybko twarz, może nie zauważy...Żałosne.
   Szybko zawinąłem się z miejsca i poszedłem do domu. Nie wiedziałem co mi było. Czułem wściekłość, bezsilność, wszystko...Wszystko na raz. Bez powodu. Usiadłem na łóżku i uderzyłem pięścią o poduszkę, padłem wreszcie bez sił. Kilka kolejnych dni nie opuszczałem mieszkania. To chyba depresja...

<Ktokolwiek...?>

Od Akatriela

Wlokłem się powoli w stronę złomowiska, które od jakiegoś czasu nazywałem "domem". W oddali usłyszałem grzmot - oznakę pierwszej, wiosennej burzy. Westchnąłem cicho, już wyobrażając sobie zimne krople, które w nocy będą stopniowo wyciągać ze mnie ciepło. Doszedłem do wniosku, że wieczorna rundka po śmietnikach może okazać się niezbędna do zaśnięcia. Wchodząc do pierwszego, ciemnego zaułka, który się nawinął, szybko zrobiłem sobie w głowie listę rzeczy, które muszę znaleźć.
"Koc, folię, opcjonalnie jakieś pręty i sznur"
Stanąłem na środku zaułka i wciągnąłem głęboko powietrze, w poszukiwaniu zapachu plastiku, jednak mój nos zaatakował tylko odór gnijących resztek i brudnych szczurów. Nie mając większego wyboru, zacząłem metodycznie przeszukiwać kolejne pojemniki na śmieci, robiąc przy tym straszny hałas.
- Nie moja wina, że robią takie wysokie te kosze na śmieci... Co by im szkodziło, jakby były 5 centymetrów niższe?! - zacząłem mamrotać. W końcu znalazłem jakąś szmatkę, którą od biedy mogłem nazwać kocem i odłożyłem ją w kąt, żeby nie przeszkadzała mi w dalszych poszukiwaniach. Nagle drzwi tuż obok mnie otworzyły się gwałtownie. Szybko odskoczyłem za najbliższą hałdę worków ze śmieciami. Z ukrycia obserwowałem, jak właściciel pobliskiej restauracji uzupełnia jeden z koszy. Gdy zamknął za sobą drzwi, podszedłem bliżej i poczułem niebiański zapach spaghetti. Zaraz zacząłem łakomie dobierać się do resztek, nie zważając na hałas.
- Cholerny szkodniku! - usłyszałem, gdy drzwi do restauracji znów się otworzyły. Coś śwignęło tuż nad moją głową i uderzyło w ścianę za mną. Już chciałem uciekać, gdy zauważyłem dośc spory kawałek pieczonego kurczaka. Tak dawno nie jadłem żadnego mięsa, że postanowiłem podjąć ryzyko zdobycia go. Skoczyłem do przodu i na ślepo zacisnąłem szczęki, łapiąc kurczaka, po czym ostro skręciłem i ruszyłem w stronę ulicy. Właściwie bardziej w stronę lecącej cegły, która trafiła mnie prosto w głowę. Dziwnym sposobem ziemia nagle znalazła się bardzo blisko. Wyrżnąłem ostro nosem o bruk, cenny kurczak gdzieś mi wypadł. Spróbowałem się pozbierać, ale świat jakby oszalał. Ściany pobliskich domów to przybliżały się, to oddalały. Przekleństwa właściciela restauracji zlały się w niewyraźny bełkot. Skupiłem się tylko na jednym - dotarciu do świateł ulicy. Nagle jedna ze ścian poleciała w moim kierunku. A może to było podłoże? Co za różnica. I tak nie miałem już siły się podnieść. Wtedy do mojej świadomości dobił się kobiecy głos, wykrzykujący coś dla mnie niezrozumiałego.
<tajemniczy kobiecy głosie zwany także Aoime?>

piątek, 18 lipca 2014

(Wataha Mroku) od Akatsukiego

Właścicielka mieszkania zmierzyła mnie badawczym spojrzeniem.
- Coś ty za jeden? - Zaciekawiła się.
- Akatsuki, Wataha Morku. – Powiedziałem patrząc na fotel... Nagle zainteresowała mnie jego faktura.
- Co ty tu robisz? – Rozejrzała się po mieszkaniu.
- Uciekłem od Aoime, chciałem się tu ukryć, nie wiedziałem, że tu mieszkasz.  - Streściłem szybko, jak się tutaj znalazłem.
 Wzięła ręcznik, a po chwili powiedziała.


 - Usiądź, zaraz wszystko sobie wytłumaczymy. Tylko pozwól mi się odświeżyć. - Powiedziała, a ja pokiwałem głową.
Sukces. Chyba nie zamierza mi wymazywać pamięci.

Poszła do łazienki i wzięła prysznic, a potem wróciła w szortach i koszulce z krótkim rękawkiem.
- Chcesz czegoś się napić? - Spytała.
- Nie trzeba. – Odparłem.
- To napijesz się herbaty. - Wstawiła wodę.
Wzięła też ciasteczka i podała w zestawie, wraz z herbatą.
- Dobrze teraz od początku, bo jakoś nam to nie wyszło. Jestem Hinomoto z Watahy Wody. Ty jesteś Akatsuki z Mroku i ukryłeś się tu przed Aoime. Pytanie czemu. - Napiła się
- Cóż, podobna historia do tej. – Zaśmiałem się.
- Dobrze, nie wnikam, chcesz to możesz zostać. Tylko bez sztuczek. - Powiedziała z zimnym wzrokiem.
Auć. Chyba za mną szczególnie nie przepadała. Zresztą nic dziwnego biorąc pod uwagę okoliczności naszego pierwszego spotkania, jednak może da się je trochę zmienić.
Wyglądało na to, że jak na razie byłem tutaj bezpieczny, a właścicielka tego domu nie zamierzała mnie zabić w przeciwieństwie do Aoime, którą mogłem dodać do długiej listy dziewczyn, które za mną łagodnie mówiąc nie przepadają.
 - Co powiesz na film? Na przykład, jakiś horror?
 - Ciekawa propozycja, a co byś chciał obejrzeć?
 - Może ty zaproponujesz, w końcu nie wiem, jakie masz filmy - zauważyłem.
 - Co powiesz na Mamę?
Zajęliśmy się przygotowaniem przekąsek, popcorn, cola itd.
W końcu zajęliśmy się horrorem, na który szczerze mówiąc nie zwracałem szczególnie uwagi (raz już go widziałem). Nagle doszliśmy do jednego ze straszniejszych momentów w filmie.
Wyciągnąłem swoją rękę w jej stronę, lecz po chwili zdałem sobie sprawę co robię i że, niekoniecznie to może być dobrze odebrane.
 - Czyżbyś się bał?
 - Owszem, bardzo się boję - wargi uniosły mi się w uśmiechu. - Mogłabyś mnie potrzymać za rękę?
Nic nie odpowiedziała, tylko złapała mnie za rękę.

_________________________________________________________
sorry za kiepskie opo, nad tym męczyłam się ponad godzinę z przerwami na konfę na skype
postaram się, aby następne od Akkiego było lepsze niż to, bo dzisiaj nie miałam weny

(Wataha Ognia) od Brisingera

Było bardzo wcześnie, coś koło 3 rano. Musiałem iść i zobaczyć, czemu alarm w jednym ze sklepów znów się włączył. Wszystko wyglądało w porządku, bez śladów włamania. Muszę wezwać kogoś, kto naprawi ten cholerny alarm. Zamknąłem sklep. Sprawdziłem szybko czy mam jakieś powiadomienia w telefonie i ruszyłem w stronę domu. Przeniosłem się do małego mieszkania niedaleko starego miejsca zamieszkania. Jakoś nie widziało mi się mieszkać w wielkim wieżowcu, który i tak już prawie mnie zabił. Szedłem dalej. Coś mnie zaniepokoiło. Ktoś uparcie za mną podążał. Nie odwracałem się nawet. Znałem już dość dobrze tą okolicę co dawało mi przewagę. Skręcałem w każdą napotkaną uliczkę. Chciałem pozbyć się ogona. Ten ktoś za mną przyspieszył. Cholera. Zawędrowałem w jedną ze ślepych uliczek i zmieniłem się w wilka na oczach "towarzysza". Spojrzałem na niego. Leżał na ziemi. Pokraka? Wyszczerzyłem kły i zrobiłem kilka kroków, potem potężny sus do przodu.
-Czekaj! - wykrzyczał i sam zmienił się w wilka.
To dziwne. Niby, że jest jednym z nas, ale pierwszy raz na oczy go widzę. Czy to znaczy, że w tym świecie ludzie też rodzą się chimerami, takimi jak my? Zacząłem krążyć wokół nieznajomego.
-Kim jesteś? - powiedziałem.
-Właściwie nikim ważnym. Szukam tylko... domu. - odpowiedział.
-Nadal nie wiem, kim jesteś.
-Nazywam się Shane. Shane Collins. Mieszkałem całe życie w Mortal, małe miasteczko daleko stąd. Uciekłem, kiedy ktoś zastrzelił moich rodziców jakiś czas temu i teraz się tak szwendam bez celu. Ale chciałbym gdzieś osiąść na stałe. Czy ty... Czy jest was więcej? Panujesz tak naturalnie nad swoją wilczą postacią?
-Owszem, jest nas więcej. Kiedyś zajmowaliśmy całą krainę, ale za sprawą bogów jesteśmy tutaj. A co do mojej mocy, tak, naturalnie nad nią panuję. - zmieniłem się w człowieka - Widzisz? Wspominałeś też, że szukasz domu. Chyba mógłbym coś na to poradzić. - uśmiechnąłem się lekko.
-Naprawdę? Byłbym wdzięczny.
-I nawet wiem, jak się odwdzięczysz. Będziesz w zamian pracował w jednym z moich sklepów.
-Masz sklepy?
-Tak. Zarządzam Apple'm w tym mieście. Wracając do sprawy domu. Umowa stoi?

<To jak będzie, Shane?>

Akatriel - Wataha...?

Wilcza postać
Ludzka postać

Imię: Akatriel
Płeć: On
Wiek: 25 lat
Stanowisko: Chwilowo brak sfory
Żywioł: Mrok
Umiejętności Specjalne: brak
Charakter: Spokojny, cierpliwy, czasami wydaje się wręcz znudzony życiem. Uprzejmy, uczynny i pomysłowy. Raz na jakiś czas lubi zaszaleć.
Rodzina: bliscy nie przyznają się do niego, utrzymuje kontakt tylko z siostrą.
Partner/Partnerka: brak
Właściciel: Mysteriala
Inne: Złota rączka. Naprawi wszystko, co niemagiczne. Bezdomny, utrzymuje się z prac dorywczych.

*Akatriel jest bezdomny, nie należy do żadnej watahy, ale jego żywiołem jest mrok, więc poleciał na stronę mroku, jeśli ktoś nie do końca rozumie, niech czeka na rozwój akcji

czwartek, 17 lipca 2014

(Wataha Ognia) Od Shane'a

Zostawiając za plecami rodzinne miasto - a raczej tą przeklętą dziurę, Mortal, byłem szczęśliwy jak cholera. Mój entuzjazm ostudziła myśl, że właściwie... moi rodzice przed chwilą zginęli.
Ale od początku. Wróciłem do domu nad ranem, byłem u kumpla, bo w knajpie nie daliby mi piwa, zapijaliśmy smutki, jak to ktoś poetycko ujął.

Drzwi były zamknięte, ale nie na zamek... Ostrożnie wślizgnąłem się do środka, ale chyba niezbyt cicho ze względu na moje ciężkie buciory.
Doigrałem się - na podłodze w swojej sypialni leżeli w kałuży krwi. Ktoś do nich strzelał z automatu. Może szukał mnie...? Niewiele myśląc, chwyciłem z sejfu oszczędności, wpakowałem do torby ładowarkę, słuchawki, laptopa i resztę ciuchów i wystrzeliłem z domu.
Miałem w planach uciekać tak daleko jak tylko się da.
Właściwie to czemu nie obrabował domu? Nie miałem siły teraz myśleć. Złapałem  busa i tak się szwendałem po motelach.

Wyszedłem spod prysznica, z włosów ciągle skapywały mi kropelki wody, przetarłem ręcznikiem twarz i wlepiłem oczy w telewizor.
"Mora Soul, miasto opuszczone na długo, teraz rozkwita i cieszy się na nowo życiem! Handlarze chwalą zapotrzebowanie towaru, turyści podziwiają widoki, jednym słowem - miasto idealne. Sprawdź i ty!"
Może warto się tam wybrać...? Postanowione!

***
Było coś koło trzeciej nad ranem, więc zdziwiłem się widząc tego faceta na ulicy. Poszedłem za nim, ale zachowując odległość, nigdy nie miałem pewności, co to za typ. Często skręcał, jakby chciał się pozbyć pleców, ale ani razu się nie odezwał, ani razu nie obejrzał... Przyspieszyłem. 
Nie spodziewałem się tego zobaczyć. 
Facet zamienił się na moich oczach w wilka. Zamienił. W wilka. Wilka. Był człowiekiem. Jest wilkiem.
Chyba musiałem się zagapić, bo potknąłem się i wykonując jakieś skomplikowane ruchy rękami, by zachować równowagę, narobiłem sporo hałasu. Wyszczerzył kły i o mało co nie rzucił mi się do gardła.
- Czekaj! - wykrzyczałem w panice i sam zmieniłem postać.

Dużo myślałem, skąd właściwie posiadam tą moc. Albo czemu władam płomieniami. Ani moi rodzice ani nikt z rodziny nigdy o tym nie rozmawiali ze mną, nigdy ich na tym przyłapałem, więc w mojej głowie od czasu do czasu pojawiał się ten zdradziecki głosik, że tak naprawdę może nie jestem ich synem? Może dlatego coraz częściej przebywałem raczej sam, gdzieś w lesie, bawiąc się płomieniami albo po prostu oddając się naturze jako ktoś wolny. Ktoś, kto nie zna ograniczeń ani odpowiedzialności, konsekwencji. Żyć, nie umierać.

Złagodniał trochę, kiedy to zobaczył.
- Kim jesteś? - łaził dookoła mnie, jakbym był jego zdobyczą.
- Właściwie nikim ważnym. Szukam tylko... domu. 
Nie było chyba sensu wymieniać, że szukam też wsparcia, rodziny, miłości, jeszcze by mnie uznał za mięczaka.
- Nadal nie wiem, kim jesteś.
- Nazywam się Shane. Shane Collins. Mieszkałem całe życie w Mortal, małe miasteczko daleko stąd. Uciekłem, kiedy ktoś zastrzelił moich rodziców jakiś czas temu i teraz się tak szwendam bez celu. Ale chciałbym gdzieś osiąść na stałe. Czy ty... Czy jest was więcej? Panujesz tak naturalnie nad swoją wilczą postacią?

<Sebastian? Mogę cię prosić?>

Shane - Wataha Ognia



Ludzkie wcielenie

Wilcze wcielenie

Imię: Shane
Płeć: Facet
Wiek: 17 lat
Stanowisko: Szpieg
Żywioł: Ogień
Umiejętności Specjalne: Ognista tarcza, ściana z płomieni, stanie w ogniu bez szwanku na zdrowiu, pokrycie się ogniem, ciskanie drobnych kuli ognistych
Charakter: Szczery, odważny, kontaktowy, ale woli przebywać z mniejszą ilością ludzi, inteligentny, opanowany, uparty, porywczy, wierny, ma dystans do siebie
Rodzina: Niedawno został sierotą, dalsza rodzina raczej unika z nim kontaktu, zawsze uważała go za dziwaka
Partner/Partnerka: Młody chłop jeszcze, kogoś znajdzie...
Właściciel: Klaudiolina (hwr)

(Wataha Powietrza) Od Ari

 Postanowiłam spróbować na stanowisku alfy, w  końcu może mając swoje stado dało by się jakoś zaleczyć moją klątwę, może oni coś o niej wiedzą. Lepiej to sprawdzić.
- Więc co proponujesz? - Zapytałam
- Zmianę nastawienia, zgarnięcie posady alfy i trochę dobrej zabawy?
- Mówiłaś, że na to potrzebna jest zgoda pozostałych.
- Którą ja jestem w stanie Ci załatwić - uśmiechnęła się tajemniczo - Więc jak?
- Spróbujmy. – Mruknęłam będąc nadal zamyślona, jeśli chodzi o klątwę.
- Dobrze to chodźmy najpierw do meliny Shadowa, trzeba sprawdzić czy jego mieszkanie nie będzie Ci odpowiadać. – Odparła.
- Luz. – Dziewczyna wstała i ruszyłyśmy na tereny tego wilczka.
- Ari, o co chodzi z tymi gustami smakowymi? – Spojrzała na mnie.
- Cóż jeśli chodzi o to… Mogę być sporym problemem w tym mieście. Obejmuje mnie pewna klątwa, przez którą co jakiś czas muszę żywić się ludźmi.- Odparłam.
Było widać, że wilczyca zna się na magii, a co za tym idzie może kiedyś o tym słyszała.
- Klątwa? – Zdziwiła się.
- Niestety. – Oznajmiłam.
- No tak, kiedyś o tym słyszałam. Nagle zaczęły się rodzić kwiorzercze dzieci. Dlatego mówiłaś o sobie morderca? – Patrzyła na mnie z ogromna ciekawością.
- Dokładnie, jestem jedna z najlepszych z tych dzieci. Niestety głodu nie da się powstrzymać, jest tak mocny, że nikt by nie poradził sobie z czymś takim. – Odparłam.
- Dlatego chcesz się do nas przyłączyć? – Uśmiechnęła się zdeczka.
- Nie do końca. Dzieci z tych porodów mordują się nawzajem, bo sądzą, że po zjedzeniu mięsa da się to zatrzymać. – Mówiłam.
- Stanowisz niebezpieczeństwo. – Zamyśliła się.
- Mordują też każdego kto jest z tą osoba powiązany. Niestety mięso nic nie daje. – Oznajmiłam.
- Nie mów mi tylko… - Zaczęła.
- Niestety zabiłam około 30 takich dzieci i je pożarłam. Nic to nie daje. – Stanęłam.
- Wiec wilki o wyższych poziomach zabiły więcej. – Zbystrzyła się mimo szoku.
- Tak, co gorsza są bardzo niebezpieczne i polują na siebie nawzajem. – Odparłam.
- Co z  twoja rodziną? – Zapytała.
- Długo by opowiadać, z resztą to teraz nie ma znaczenia. Teraz powiedz coś o sobie. – Spojrzałam na nią.
- Cóż nasze watahy nie są z tego kontinuum czasowego. – Mruknęła.
- Widać, jesteście zdziczali. – Odparłam.
- Wiedziałaś? – Spojrzała na mnie nieco wściekle.
- Tak, teraz to nie nowość, ponoć dużo wilczków podróżuje. Jednak wracają tak skąd przybyli. – Powiedziałam tajemniczo.
- Wiesz jak wrócić? – Zapytała.
- Nie, ale mam znajomości na całej kuli. Jednak dotarcie tam może niestety dać pokaźną liczbę zmarłych.
- Jak to? – Wpatrywała się we mnie.
- Osoby które znam mają ochronę, która z łatwością was wymorduje, nawet ja bym mogła nie przeżyć. Dlatego musimy być jeszcze silniejsi, ale wy tu nawet nie macie treningów z tego co widzę. – Wzruszyłam ramionami.
- Rozumiem. Jesteśmy. – Pokazała mi miejscówkę.
- Trochę to przerobię i można to nazwać moim miejscem. – Spojrzałam na starą melinę.
- Dobrze, ja na razie się zwijam. – Powiedziała i odeszła.

Po jakimś czasie nagle przyszła z jakąś blondyneczką.
-Rapix to Ari , Ari to Rapix. - przedstawiła nas Ao.
-Ao powiesz mi wreszcie co się stało z Shadowem ?- Zapytała zirytowana.
-Shadowem ? Był strasznie słaby.-Wtrąciłam się trochę.
-Słaby ? Chcesz powiedzieć mi że nie żyje ?-Zdziwiła się.
-Osobiście się nim zajęłam. - Odrzekłam z irytującym uśmieszkiem na twarzy.
-Aoime stoisz tak spokojnie jakby nic się nie stało do cholery !-Wkurwiła się.
-A ty ! za kogo się uważasz ? -Wrzasnęła.
-Za kogo ? Haha za nową alfę powietrza –Uznałam, że zgrywanie kogoś silnego pozwoli mi się jej jak najszybciej jej pozbyć, bo byłam zajęta.
-Chyba śnisz ! – Sprowokowałam ja trochę.
Już miała się na mnie rzucać, ale miała szczęście, bo Aoime weszła między nas.
-Rapix spokojnie teraz Ari będzie nową alfą powietrza.-odrzekła.
Po czym poszły, by wybrać dla niej dom.

(Wataha Powietrza) Od Rapix

Obudził mnie wschód słońca , był on jednak inny niż te do których byłam przyzwyczajona.
Wstałam mozolnie zeszłam na dół po schodach i spojrzałam na mapkę , którą wczoraj pokazywała mi Rin.
Chciałam się dostać na tereny powietrza , żyłam cichą nadzieją że odnajdę tam resztę watahy.
Gdy zbliżyłam się do wyjścia drogę kolejny raz zagrodziła mi Rin.
-Gdzie się wybierasz ?-zapytała.
-Chcę się dostać na tereny powietrza.-odrzekłam.
-Dobrze tylko pamiętaj jak by co dzwoń i pamiętaj że jesteś teraz człowiekiem.-powiedziała podkreślając ostatnie słowo.
-Nie martw się będę uważać -odwróciłam się-Aa i Rin dziękuję za pomoc-dodałam i ruszyłam przed siebie.
Dziwnie było mi przechadzać się pomiędzy ludźmi ich chód , spojrzenia to wszystko było obce i dziwne.
Byłam już prawie na miejscu gdy coś w środku mnie rozpoznało kogoś mi bardzo znajomego.
Tlił się płomień może to ktoś z watahy. Podeszłam bliżej pewnej dziewczyny o kasztanowych włosach , spojrzałam na nią.
-A ty co za jedna ? Czemu mi się tak przyglądasz ? -zapytała poirytowana.
Poznałam ją po głosie , Aoime tak mi Ciebie brakowało.-pomyślałam.
-Poznajesz mnie ? -uśmiechnęłam się do niej.
-Rapix ?-zapytała z niedowierzaniem.
-Wróciłam.-odrzekłam.
-Myślałam że przerzuciło Cię do innego wymiaru , dobrze że jesteś-powiedziała.
-Ciesze się że Cię widzę , ale czemu tu jesteśmy ten świat jest okropny , to ukrywanie się zwyczaje to wszystko ...-powiedziałam.
-Sama chciałabym wiedzieć , póki co musimy się dostosować do tego świata. Tobie przydadzą się zakupy.-uśmiechnęła się i chwyciła mnie za rękę.
Zakupy co to do cholery są zakupy.
Okazało się że jest to dość przyjemne , Ao pokazała mi masę butów , spodni ,torebek itd. wydałyśmy na to wszystko sporo czegoś co ludzie zwą pieniędzmi.
-Musisz stać się taka jak oni , może na początek znajdziemy Ci jakieś lokum.-powiedziała.
-Zaczekaj chwilę-powstrzymałam ją-Powiedz mi co z Shadowem i resztą watahy ?-zapytałam z niepokojem.
-Shadow ... chodz ze mną -pociągnęła mnie.
Dotarłyśmy na tereny powietrza przed nami stanęła obca dziewczyna.
-Rapix to Ari , Ari to Rapix-przedstawiła nas Ao.
-Ao powiesz mi wreszcie co się stało z Shadowem ?-zapytałam zirytowana.
-Shadowem ? Byl strasznie słaby.-wtrąciła się Ari.
-Słaby ? Chcesz powiedzieć mi że nie żyje ?-nie dowierzałam.
-Osobiście się nim zajęłam-odrzekła z irytującym uśmieszkiem na twarzy.
-Aoime stoisz tak spokojnie jakby nic się nie stało do cholery !-wkurwiłam się.
-A ty ! za kogo się uważasz ? -wrzasnęłam.
-Za kogo ? haha za nową alfę powietrza -zaśmiała się.
-Chyba śnisz ! -chciałam dać jej nauczkę za to co zrobiła , w końcu Shadow nie był dla mnie obcy. Już miałam się do niej dobrać gdy Ao stanęła pomiędzy nami.
-Rapix spokojnie teraz Ari będzie nową alfą powietrza.-odrzekła.
Nie chciałam tego , nie mogłam jej zaakceptować.
-Chodź wybierzesz sobie dom , musisz przecież gdzieś mieszkać -powiedziała Ao.
Gdy już wybrałam sobie swoje własne lokum i pożegnałam znajomych a raczej jedną dobrą znajomą , czekałam na zachód słońca i nastanie nocy. Miałam bowiem plan by udać się w moim pierwotnym ciele na mały lot.



(Wataha Mroku) od Rin

Rapix u mnie zanocowała. Usnęła dosyć szybko. Nic dziwnego - w końcu ukrywała się przez jakiś czas.
Upewniłam się raz jeszcze, że dziewczyna śpi, a następnie poszłam do pokoju obok i zaczęłam cicho wyjmować książki z biblioteczki na temat wymiarów - jeszcze się nie poddałam z szukaniem drogi powrotnej.
W pewnym momencie jedna z nich nie wyszła lekko tak jak inne.
 - Głupia książka... - Mruknęłam pod nosem i zaczęłam ją ciągnąć.
Dopóki używałam ludzkiej siły nie udało mi się jej wyjąć.
Chciałam pociągnąć mocniej z moją prawdziwą siłą, ale nagle zdałam sobie sprawę, że to nie ma sensu, cokolwiek było z tą książką, najwyraźniej nie służyła do wyciągania.
Westchnęłam i wyjęłam z kieszeni ostry nożyk - dźwięk piły mógłby obudzić Rapix.
Niecierpliwie zaczęłam piłować tą półeczkę nad książką.
Błąd. Zapomniałam, że półkę wyżej książki nie były przymocowane do ściany i patrzyłam, jak powoli spadają na podłogę.
Szybko zaczęłam łapać każdą z tych, które spadły.
Odetchnęłam z ulgą, a potem zaczęłam patrzyć się na uciążliwą przymocowaną książkę.
Zerknęłam od góry... To wcale nie była książka, tylko atrapa.
Podniosłam z podłogi dwa kołki (taa... w mojej biblioteczce i gabinecie panował niezły bałagan w przeciwieństwie do reszty domu) i wbiłam je w ściany biblioteczki, a następnie położyłam na niej półkę na której następnie ułożyłam książki.
Na dzisiaj dam sobie spokój z tym czymś.
Podeszłam do wolnego łóżka i położyłam się spać. Obudziłam się tuż przed świtem. Ostatnio coś mało spałam.
Zauważyłam, jak Rapix wchodzi po schodach i patrzy na mapę, a następnie ma zamiar wyjść.
 - Gdzie się wybierasz - pojawiłam się nagle przy drzwiach.
 - Chcę się dostać na tereny powietrza - odparła.
Hhhmm... Szybko łapie, których słów nie powinna używać. W końcu lepiej nie wspominać nic o watahach.
 - Dobrze, tylko pamiętaj, jakby co to dzwoń i pamiętaj, że jesteś teraz człowiekiem - położyłam nacisk na ostatnie słowo.
 - Nie martw się, będę uważać - powiedziała i wyszła.
Odwróciła się i dodała.
 -Aaa i Rin, dziękuję za pomoc.
Nic nie odpowiedziałam, a ona poszła przed siebie.
Westchnęłam. Nie wiedziałam co robić.
Większość osób znalazła sobie pracę, jednak ja nie chciałam się zbytnio użerać z ludźmi.
Jedyne co w tym miejscu lubiłam to internet i wygodne mieszkania. Może ewentualnie tutaj są ciekawe książki i mangi.
Ciekawe, czy reszta chciała wracać do Forever Young... Z tego co zauważyłam Hinomoto się już przystosowała do tego trybu życia, a pewnie nie była wyjątkiem.
Wyszłam na spacer bez celu. W końcu był poniedziałek rano i większość śmiertelników albo siedziała w pracy, albo była zajęta w jakiś inny sposób.
Nagle podszedł do mnie, jakiś facet w mundurze z napisem policja.
 - Czy ty nie powinnaś być przypadkiem w szkole? - Zapytał. - W liceum.
Czy ja się przesłyszałam? Czy on ma na myśli szkołę? Że co?!
To chyba jakieś żarty... Nie będę chodzić do placówki dla ludzkich małolatów, czy tam nastolatków, nawet jeśli w tym wcieleniu wyglądałam, jak uczennica pierwszej klasy liceum.
Byłam przerażona... Nie mogłam w żaden sposób użyć nadnaturalnej siły i jako człowiek musiałam się mu podporządkować... Czego robić nie zamierzałam.
 - Ja nie idę do szkoły - powiedziałam, próbując kupić sobie trochę czasu. - Mamy odwołane poranne zajęcia.
Mruknął coś i przyjrzał mi się próbując sprawdzić, czy kłamię, ale na mojej twarzy był tylko ten sztuczny uśmiech, który nie dawał mu poznać, czy mówię prawdę, czy nie.
 - W każdym razie, jak następnym razem ciebie tutaj zobaczę to pójdziesz ze mną na posterunek policji i będziesz czekać, aż nie przyjdą po ciebie twoi rodzice.
 - Moi rodzice pracują za granicą - kolejne kłamstwo. - Więc chyba to nie będzie możliwe.
Ukłoniłam mu się lekko i powiedziałam.
 - Miłego dnia.
Zniknęłam zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć.
Za rogiem ulicy nie miałam już na twarzy tego przyjaznego uśmiechu, a zastąpił go wyraz irytacji. Doprawdy... Czy ten policjant musiał wciskać nos w nieswoje sprawy. Tak mnie kusiło, żeby go raz, czy dwa porazić prądem.
Aczkolwiek ta rozmowa oznaczała chyba, że nie powinnam się w tygodniu zbytnio pokazywać na ulicach miasta.... Co za utrapienie.