Uważnie obwąchałam teren, ktoś tutaj niedawno był. Czyli kraina była jednak zamieszkana. Poczułam swego rodzaju ulgę. Jeśli czegoś nie lubiłam tak samo jak mroku, to chyba była samotność. Powoli zapadała noc, niezbyt się z tego ucieszyłam. Panicznie pragnęłam wrócić, na tamte świecące tereny. Były o wiele jaśniejsze w nocy, niż ta łąka o zmierzchu. Kiedy wreszcie przemogłam strach, poczułam się przytłumiona. Sen sam przyszedł nie pytając się o zgodę. Ostatnią rzeczą o jaką zadbałam, było sprawienie żeby promieniowało ze mnie światło.
Śniłam o moim ostatnim dniu w poprzedniej watasze. Uciekłam od nich w momencie, kiedy powiedzieli żebym została przymusowo kogoś partnerką. Ja go wcale nie kochałam, więc za nic w świecie nie chciałam do tego dopuścić. Wszystkie inne wadery mówiły jaki on jest super itd., a mnie on w ogóle nie kręcił. Gdy okazało się że nie mam prawa głosu, uciekłam od nich. Wiele miesięcy wędrowałam między watahami, aż w końcu dotarłam tutaj. Uznałam to miejsce za mój prawdziwy dom.
Obudziły mnie promyki światła tańczące na polanie. Przeciągnęłam się i rozejrzałam się jeszcze odrobinę nieprzytomna.
Mimo że zwykle kochałam światło, chciałam, aby jeszcze na chwilkę słońce się wyłączyło. Zakryłam oczy łapami i westchnęłam. Mimo moich usilnych prób zaśnięcia, wciąż nie ,,odpłynęłam do krainy wiecznych snów". W końcu obudziłam się całkowicie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz