niedziela, 8 września 2013

(Wataha Powietrza) Od Sky'a

Usłyszałem szelest. Nie mogłem pozwolić, żeby teraz ją dopadli. Wydziałem jak powoli opada z sił. Z zarośli wyszło dwóch zwiadowców. Jednego zagryzłem od razu. Drugi zaszedł mnie od tyłu.
- Uciekaj! Odnajdź watahę powietrza w krainie Forever Young! - krzyknąłem mocując się z nim.
Spojrzałem tylko jak odlatuje i poczułem mocne uderzenie w głowę. Zatoczyłem się i od tamtego momentu nic nie pamiętam. Usnąłem.

Obudziłem się dopiero dzisiaj. Nie wiem gdzie jestem, ani ile czasu minęło od tamtej chwili. Zważywszy na to co zobaczyłem, chyba nigdy nie powinienem się obudzić. Wokół mnie leżało masę bezwładnych ciał ludzi oraz wilków, a także.. pół ludzi, pół wilków? Mniejsza o to. Sala, a także całe jej wyposażenie wykonane było ze stali. Wszędzie rozchodziło się niewiadomego pochodzenia jasne światło. Poza mną, oraz ciałami nie wydziałem tu żywego ducha. Jednak najgorsze w tej całej sytuacji było, że ja też byłem... człowiekiem. Zeskoczyłem ze stołu na którym leżałem i od razu przytuliłem podłogę. Szybko załapałem dlaczego tak rzadko ktokolwiek się tego podejmuje. Była l o d o w a t a. Przez skórę przedostało się do mojego ciała przerażające zimno sprawiające silny ból. Czułem jakby przebijały się przeze mnie miliony małych niewyobrażalnie ostrych kryształków lodu. Z trudem oderwałem jedną dłoń od podłogi i obróciłem, tak aby móc obejrzeć ją od wewnętrznej strony. Skrzywiłem się od widoku i pokracznie podskoczyłem usiłując wgramolić się z powrotem na stół. Podłoga nie była zimna, ona po prostu trawiła mi skórę. No cóż muszę skombinować sobie jakieś ubrania. Spojrzałem na ciało leżące najbliżej mojego stołu. Położyłem się na brzuchu i wyciągnąłem ręce przed siebie tak by ściągnąć buty z kobiety o głowie wilka. Trochę się nasiłowałem zanim udało mi się je rozwiązać, ale dałem radę. Złapałem zdobycz i usiadłem na stole. Widziałem już wilki z ludzką postacią, więc wiem jak powinny wyglądać poprawnie założone ubrania, większy problem miałem z ich założeniem. Opanowanie ludzkiej kreatury wcale nie było takie łatwe, ale w końcu umiałem wykonać wystarczająco dużo ruchów, aby przystąpić do walki z butami. Poszło zadziwiająco łatwo. Po około 5 minutach buty były na moich nogach. Co prawda nie były najwygodniejsze, no i jakby to powiedzieć... troszkę w nie moim stylu, ale nie mam teraz czasu na wybrzydzanie. Wstałem i podpierając się na stole stawiałem swoje pierwsze nieporadne kroki. Gdy nauczyłem się chodzić podszedłem do schludnie ubranego mężczyzny, przykucnąłem nad nim i powiedziałem:
- No gościu, wybacz ale niestety muszę to zrobić. Mi te ciuchy przydadzą się bardziej niż tobie.
Szybko wcisnąłem się w jego rzeczy, przykryłem go jakimś materiałem i ruszyłem w stronę wyjścia. Za drzwiami znajdował się korytarz, który chyba nigdy się nie kończył. Za to znajdowały się na nim tysiące drzwi. Otworzyłem pierwsze lepsze i przekroczyłem przez nie, aby zacząć błądzić w plątaninie korytarzy. Nie myliłem się ani co do ilości korytarzy, ani co do błądzenia. Co gorsza (chyba) nadal ani śladu jakiegokolwiek życia. Po godzinie nieustannego marszu dałem sobie spokój. Ten budynek został zaprojektowany tak, aby nawet jeśli ktoś by się niechcący obudził nie miał szans ucieczki. Na dodatek ta podłoga... Nie miałem już połowy grubości podeszwy w butach. Cokolwiek by to nie było, ma okropnie silne działanie. Wtedy coś mnie oświeciło. Ale ja jestem udany... Uderzyłem z całej siły głową w ścianę. Wtedy coś chrząknęło. Miałem cichą nadzieję, że to jakieś tajne przejście, jednak nic się nie stało. Została mi jeszcze teleportacja. Wyjście było tak blisko, a ja go wszędzie szukałem. Stąd nie ma wyjścia. Stąd można się tylko teleportować. Pomyślałem o miejscu, z którego mnie tu zabrano i znalazłem się tam. Było okropnie ciemno, więc na myśl nasunęła mi się od razu noc. Pozostałości po wilkach nadal tam leżały, ale patrząc na ich stan musiał minąć przynajmniej rok od tamtego zdarzenia. Otworzyłem w pamięci mapę tych terenów i zwróciłem się w kierunku Forever Young. Tylko został taki malutki szczegół. Na piechotę dotrę tam najwcześniej za parę lat, a ta postać nie ma skrzydeł. A co by było śmieszniej nie mam zielonego pojęcia jak się zmienić, jeśli w ogóle się da. Pomyślałem jak to jest w poruszać się w ciele wilka, latać, widzieć, czuć wszystko zupełnie inaczej. Nic. Wszystko jest dalej tak jak wcześniej. A może to działa jak teleportacja? Wyobraziłem sobie siebie jako wilka, ale to też nic nie dało. Następnie stanąłem na czworaka, ale też jakoś nie chciało mi pomóc. Usiadłem zrezygnowany, spuściłem głowę i zobaczyłem swoje łapy. Ale, ale, ale... jak? Dobra, nieważne wzbiłem się w powietrze i poleciałem przed siebie. Wylądowałem w miejscu gdzie powinna być granica Forever Young i z nosem przy ziemi ruszyłem przed siebie. Eh... to było trochę żenujące, bo próbowałem wytropić tropiciela, ale ważne, że znalazłem jakiś jej ślad. Wyszedłem na jakieś pobojowisko. W bladym świetle księżyca można było dostrzec masę martwych lub konających wilków. Dziwne, że zostawili tyle rannych wilków, które mogłyby jeszcze cało z tego wyjść, ale do rana bez medyka nie przeżyją. Chodziłem i oglądałem wilki, niektóre błagały o pomoc, inne patrzyły przed siebie pustym wzrokiem. Nachyliłem się nad kolejnym pozornie martwym wilkiem, by zamknąć mu oczy, kiedy nagle się na mnie rzucił. Zupełnie się tego nie spodziewałem, a mimo licznych obrażeń był w doskonałym stanie. Przygwoździł mnie do ziemi rozszarpując mi brzuch.
                                                         

                                                                      *********

 Zawyłem z bólu i wgryzłem mu się w bark przekręcając się na wierzch. Ten zamachną się łapą rozcinając mi lewe skrzydło i wyrywając kilka piór. Puściłem go z uścisku moich kłów, aby za chwilkę znowu je zacisnąć, tym razem na jego gardle. Wilk wykorzystał tę krótką chwilę między atakami i musnął kłami moje podgardle rozcinając skórę i przebijając się przez ścianę tętnicy. Po prostu świetnie. Szczęście mi sprzyja jak zawsze. Bez chwili namysłu rozszarpałem mu gardło kończąc tym samym jego cierpienia. Skupiłem się mocno na tym, aby stać się człowiekiem, a kiedy się odprężyłem już nim byłem. No, idzie mi coraz lepiej. Rozdarłem koszulę i owinąłem sobie nią ranę na szyi. Jeśli mnie nie udusi, powinno chwilowo zatamować krwawienie. Przybrałem formę wilka (prawie bezproblemowo) i ruszyłem za jej zapachem. Poczułem że wchodzę na tereny powietrza. Sprzyjająca aura i delikatny wiaterek, szepcący podróżnym do ucha, że właśnie wrócił do domu. Brakowało mi tego przez tyle lat... Byłem wystarczająco blisko celu, żeby wznowić więź telepatyczną. Teraz dokładnie wiedziałem gdzie jest. Odstawiłem wszystkie zmysły na noc i podążałem za jej "sygnałem". Choć powoli zaczynało mi brakować sił, wzbiłem się w powietrze. Powoli się wykrwawiałem, ale wiedziałem że muszę ją chociaż zobaczyć, wiedzieć że jest bezpieczna. Byłem zbyt blisko, żeby się poddać. Czułem ją coraz wyraźniej. Już blisko. W perłowym blasku księżyca zobaczyłem wlot do skalnej jaskini. Wylądowałem najciszej jak umiem i złożyłem skrzydła. Od mojego futra i piór odbijało się blade, księżycowe światło. Chciałem zrobić krok naprzód by wejść do jaskini, ale wtedy wyskoczył na mnie czarny jak noc basior. Trochę się z nim poszamotałem, ale byłam za słaby żeby wygrać. Poddałem się, a ten przygwoździł mnie do ziemi.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - miałem wrażenie, że wypluł te słowa z pogardą.
Wtedy z jaskini wyszła ona.
- Wracaj do środka. - zwrócił się do niej.
Pewnie był jej alfą, albo kimś innym, komu była podległa. Jeśli ma taką ochronę, to nie muszę się martwić, o to czy była bezpieczna.
- Centuria... - wycharczałem patrząc się na nią troskliwym wzrokiem.
- Kim jesteś i skąd znasz moje imię! - warknęła.
Nie zdziwiło mnie to. Ma prawo mnie nie pamiętać,. Zwłaszcza w środku nocy i to kiedy jestem w takim stanie.
- Centus... to ja... - wysapałem z trudem.
Na chwilę oniemiała.
- Sky... - wyszeptała za chwilkę i zaszkliły jej się oczy
Wilk spojrzał na nią i zszedł ze mnie i czym wrócił do jaskini. Zamieniła się w człowieka, a ja zrobiłem to samo. Wtuliła się we mnie i zaczęła płakać.
- Ciiii... przecież jestem.- szepnąłem do niej i zacząłem ją kołysać.
- Ej, nie rycz. - powiedziałem na chwilkę się od niej odsuwając i patrzą jej w oczy. Uśmiechnąłem się pomimo narastającego bólu, a ona odwzajemniła uśmiech przez łzy i z powrotem się do mnie przytuliła.
- Sky... ja... - zaczęła, ale przez płacz było jej trudno mówić.
- Już dobrze. Poza tym, że się wykrwawiam. To jak, zaprowadzisz mnie do jakiegoś medyka?
Skinęła głową z ledwo dostrzegalnym cieniem uśmiechu i spojrzała w dół. Odwróciła się, ścisnęła mnie za nadgarstek i poszła przed siebie.
- A. tak.. swoją... dro... gą.. to.. to.. dlacze.. go masz.. na so.. bie dam... dam... damskie.. buty? - wydusiła dławiąc się płaczem.
Zaśmiałem się pod nosem i odpowiedziałem:
- Długa historia, opowiem ci ją rano.
'Jeśli dożyję' dokończyłem w myślach.
Nachyliła się nad legowiskiem jakiegoś wilka. Czułem się coraz gorzej. Chyba powoli traciłem słuch, bo jej słowa docierały do mnie jakby z oddali, zupełnie nie rozumiałem ich znaczenia. Ciągle czułem jej mocny uścisk na mojej ręce. Widziałem przed sobą różnokolorowe plamy, a chwilę potem nie widziałem i nie czułem nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz