Usłyszałem szelest. Nie mogłem pozwolić, żeby teraz ją dopadli.
Wydziałem jak powoli opada z sił. Z zarośli wyszło dwóch zwiadowców.
Jednego zagryzłem od razu. Drugi zaszedł mnie od tyłu.
- Uciekaj! Odnajdź watahę powietrza w krainie Forever Young! - krzyknąłem mocując się z nim.
Spojrzałem tylko jak odlatuje i poczułem mocne uderzenie w głowę. Zatoczyłem się i od tamtego momentu nic nie pamiętam. Usnąłem.
Obudziłem się dopiero dzisiaj. Nie wiem gdzie jestem, ani ile czasu
minęło od tamtej chwili. Zważywszy na to co zobaczyłem, chyba nigdy nie
powinienem się obudzić. Wokół mnie leżało masę bezwładnych ciał ludzi
oraz wilków, a także.. pół ludzi, pół wilków? Mniejsza o to. Sala, a
także całe jej wyposażenie wykonane było ze stali. Wszędzie rozchodziło
się niewiadomego pochodzenia jasne światło. Poza mną, oraz ciałami nie
wydziałem tu żywego ducha. Jednak najgorsze w tej całej sytuacji było,
że ja też byłem... człowiekiem. Zeskoczyłem ze stołu na którym leżałem i
od razu przytuliłem podłogę. Szybko załapałem dlaczego tak rzadko
ktokolwiek się tego podejmuje. Była l o d o w a t a. Przez skórę
przedostało się do mojego ciała przerażające zimno sprawiające silny
ból. Czułem jakby przebijały się przeze mnie miliony małych
niewyobrażalnie ostrych kryształków lodu. Z trudem oderwałem jedną dłoń
od podłogi i obróciłem, tak aby móc obejrzeć ją od wewnętrznej strony.
Skrzywiłem się od widoku i pokracznie podskoczyłem usiłując wgramolić
się z powrotem na stół. Podłoga nie była zimna, ona po prostu trawiła mi
skórę. No cóż muszę skombinować sobie jakieś ubrania. Spojrzałem na
ciało leżące najbliżej mojego stołu. Położyłem się na brzuchu i
wyciągnąłem ręce przed siebie tak by ściągnąć buty z kobiety o głowie
wilka. Trochę się nasiłowałem zanim udało mi się je rozwiązać, ale dałem
radę. Złapałem zdobycz i usiadłem na stole. Widziałem już wilki z
ludzką postacią, więc wiem jak powinny wyglądać poprawnie założone
ubrania, większy problem miałem z ich założeniem. Opanowanie ludzkiej
kreatury wcale nie było takie łatwe, ale w końcu umiałem wykonać
wystarczająco dużo ruchów, aby przystąpić do walki z butami. Poszło
zadziwiająco łatwo. Po około 5 minutach buty były na moich nogach. Co
prawda nie były najwygodniejsze, no i jakby to powiedzieć... troszkę w
nie moim stylu, ale nie mam teraz czasu na wybrzydzanie. Wstałem i
podpierając się na stole stawiałem swoje pierwsze nieporadne kroki. Gdy
nauczyłem się chodzić podszedłem do schludnie ubranego mężczyzny,
przykucnąłem nad nim i powiedziałem:
- No gościu, wybacz ale niestety muszę to zrobić. Mi te ciuchy przydadzą się bardziej niż tobie.
Szybko wcisnąłem się w jego rzeczy, przykryłem go jakimś materiałem i
ruszyłem w stronę wyjścia. Za drzwiami znajdował się korytarz, który
chyba nigdy się nie kończył. Za to znajdowały się na nim tysiące drzwi.
Otworzyłem pierwsze lepsze i przekroczyłem przez nie, aby zacząć błądzić
w plątaninie korytarzy. Nie myliłem się ani co do ilości korytarzy, ani
co do błądzenia. Co gorsza (chyba) nadal ani śladu jakiegokolwiek
życia. Po godzinie nieustannego marszu dałem sobie spokój. Ten budynek
został zaprojektowany tak, aby nawet jeśli ktoś by się niechcący obudził
nie miał szans ucieczki. Na dodatek ta podłoga... Nie miałem już połowy
grubości podeszwy w butach. Cokolwiek by to nie było, ma okropnie silne
działanie. Wtedy coś mnie oświeciło. Ale ja jestem udany... Uderzyłem z
całej siły głową w ścianę. Wtedy coś chrząknęło. Miałem cichą nadzieję,
że to jakieś tajne przejście, jednak nic się nie stało. Została mi
jeszcze teleportacja. Wyjście było tak blisko, a ja go wszędzie
szukałem. Stąd nie ma wyjścia. Stąd można się tylko teleportować.
Pomyślałem o miejscu, z którego mnie tu zabrano i znalazłem się tam.
Było okropnie ciemno, więc na myśl nasunęła mi się od razu noc.
Pozostałości po wilkach nadal tam leżały, ale patrząc na ich stan musiał
minąć przynajmniej rok od tamtego zdarzenia. Otworzyłem w pamięci mapę
tych terenów i zwróciłem się w kierunku Forever Young. Tylko został taki
malutki szczegół. Na piechotę dotrę tam najwcześniej za parę lat, a ta
postać nie ma skrzydeł. A co by było śmieszniej nie mam zielonego
pojęcia jak się zmienić, jeśli w ogóle się da. Pomyślałem jak to jest w
poruszać się w ciele wilka, latać, widzieć, czuć wszystko zupełnie
inaczej. Nic. Wszystko jest dalej tak jak wcześniej. A może to działa
jak teleportacja? Wyobraziłem sobie siebie jako wilka, ale to też nic
nie dało. Następnie stanąłem na czworaka, ale też jakoś nie chciało mi
pomóc. Usiadłem zrezygnowany, spuściłem głowę i zobaczyłem swoje łapy.
Ale, ale, ale... jak? Dobra, nieważne wzbiłem się w powietrze i
poleciałem przed siebie. Wylądowałem w miejscu gdzie powinna być granica
Forever Young i z nosem przy ziemi ruszyłem przed siebie. Eh... to było
trochę żenujące, bo próbowałem wytropić tropiciela, ale ważne, że
znalazłem jakiś jej ślad. Wyszedłem na jakieś pobojowisko. W bladym
świetle księżyca można było dostrzec masę martwych lub konających
wilków. Dziwne, że zostawili tyle rannych wilków, które mogłyby jeszcze
cało z tego wyjść, ale do rana bez medyka nie przeżyją. Chodziłem i
oglądałem wilki, niektóre błagały o pomoc, inne patrzyły przed siebie
pustym wzrokiem. Nachyliłem się nad kolejnym pozornie martwym wilkiem,
by zamknąć mu oczy, kiedy nagle się na mnie rzucił. Zupełnie się tego
nie spodziewałem, a mimo licznych obrażeń był w doskonałym stanie.
Przygwoździł mnie do ziemi rozszarpując mi brzuch.
*********
Zawyłem z bólu i wgryzłem mu się w bark przekręcając się na wierzch. Ten
zamachną się łapą rozcinając mi lewe skrzydło i wyrywając kilka piór.
Puściłem go z uścisku moich kłów, aby za chwilkę znowu je zacisnąć, tym
razem na jego gardle. Wilk wykorzystał tę krótką chwilę między atakami i
musnął kłami moje podgardle rozcinając skórę i przebijając się przez
ścianę tętnicy. Po prostu świetnie. Szczęście mi sprzyja jak zawsze. Bez
chwili namysłu rozszarpałem mu gardło kończąc tym samym jego
cierpienia. Skupiłem się mocno na tym, aby stać się człowiekiem, a kiedy
się odprężyłem już nim byłem. No, idzie mi coraz lepiej. Rozdarłem
koszulę i owinąłem sobie nią ranę na szyi. Jeśli mnie nie udusi, powinno
chwilowo zatamować krwawienie. Przybrałem formę wilka (prawie
bezproblemowo) i ruszyłem za jej zapachem. Poczułem że wchodzę na tereny
powietrza. Sprzyjająca aura i delikatny wiaterek, szepcący podróżnym do
ucha, że właśnie wrócił do domu. Brakowało mi tego przez tyle lat...
Byłem wystarczająco blisko celu, żeby wznowić więź telepatyczną. Teraz
dokładnie wiedziałem gdzie jest. Odstawiłem wszystkie zmysły na noc i
podążałem za jej "sygnałem". Choć powoli zaczynało mi brakować sił,
wzbiłem się w powietrze. Powoli się wykrwawiałem, ale wiedziałem że
muszę ją chociaż zobaczyć, wiedzieć że jest bezpieczna. Byłem zbyt
blisko, żeby się poddać. Czułem ją coraz wyraźniej. Już blisko. W
perłowym blasku księżyca zobaczyłem wlot do skalnej jaskini. Wylądowałem
najciszej jak umiem i złożyłem skrzydła. Od mojego futra i piór
odbijało się blade, księżycowe światło. Chciałem zrobić krok naprzód by
wejść do jaskini, ale wtedy wyskoczył na mnie czarny jak noc basior.
Trochę się z nim poszamotałem, ale byłam za słaby żeby wygrać. Poddałem
się, a ten przygwoździł mnie do ziemi.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - miałem wrażenie, że wypluł te słowa z pogardą.
Wtedy z jaskini wyszła ona.
- Wracaj do środka. - zwrócił się do niej.
Pewnie był jej alfą, albo kimś innym, komu była podległa. Jeśli ma taką
ochronę, to nie muszę się martwić, o to czy była bezpieczna.
- Centuria... - wycharczałem patrząc się na nią troskliwym wzrokiem.
- Kim jesteś i skąd znasz moje imię! - warknęła.
Nie zdziwiło mnie to. Ma prawo mnie nie pamiętać,. Zwłaszcza w środku nocy i to kiedy jestem w takim stanie.
- Centus... to ja... - wysapałem z trudem.
Na chwilę oniemiała.
- Sky... - wyszeptała za chwilkę i zaszkliły jej się oczy
Wilk spojrzał na nią i zszedł ze mnie i czym wrócił do jaskini.
Zamieniła się w człowieka, a ja zrobiłem to samo. Wtuliła się we mnie i
zaczęła płakać.
- Ciiii... przecież jestem.- szepnąłem do niej i zacząłem ją kołysać.
- Ej, nie rycz. - powiedziałem na chwilkę się od niej odsuwając i patrzą
jej w oczy. Uśmiechnąłem się pomimo narastającego bólu, a ona
odwzajemniła uśmiech przez łzy i z powrotem się do mnie przytuliła.
- Sky... ja... - zaczęła, ale przez płacz było jej trudno mówić.
- Już dobrze. Poza tym, że się wykrwawiam. To jak, zaprowadzisz mnie do jakiegoś medyka?
Skinęła głową z ledwo dostrzegalnym cieniem uśmiechu i spojrzała w dół.
Odwróciła się, ścisnęła mnie za nadgarstek i poszła przed siebie.
- A. tak.. swoją... dro... gą.. to.. to.. dlacze.. go masz.. na so.. bie
dam... dam... damskie.. buty? - wydusiła dławiąc się płaczem.
Zaśmiałem się pod nosem i odpowiedziałem:
- Długa historia, opowiem ci ją rano.
'Jeśli dożyję' dokończyłem w myślach.
Nachyliła się nad legowiskiem jakiegoś wilka. Czułem się coraz gorzej.
Chyba powoli traciłem słuch, bo jej słowa docierały do mnie jakby z
oddali, zupełnie nie rozumiałem ich znaczenia. Ciągle czułem jej mocny
uścisk na mojej ręce. Widziałem przed sobą różnokolorowe plamy, a chwilę
potem nie widziałem i nie czułem nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz