sobota, 7 września 2013

(Wataha Mroku) od Meyrin

 Odwróciłam się i zadowolona stwierdziłam, że wyglądała na dosyć zdecydowaną, jakby wiedziała dokładnie co ma powiedzieć.
- Myślę że do mnie i do mojego stylu walki najbardziej pasowały by dwa miecze lub sztylet - odparłam patrząc na jeden z mieczy i spojrzałam na jego właścicielkę - oznajmiła.
 - W porządku. Weźmiemy obydwa i zobaczymy którym walczy Ci się lepiej - powiedziałam chwytając z najbliższej półki srebrny sztylet i dwa miecze (nie moje, ale niemalże tak dobre jak one).
Wyszłyśmy na zewnątrz i ruszyłyśmy przez las, aż dotarłyśmy na łąkę płosząc przy okazji stado zwierzyny. Demira już miała sięgnąć po miecz, ale ją powstrzymałam.
- Zanim zaczniemy chciałabym żebyś zademonstrowała mi swoje moce - powiedziałam z cichą nutą zainteresowania.
Ona przybrała ludzką postać i cisnęła ciemnym piorunem w drzewo, nie była to kontrola nad elektrycznością jak u mnie, ale prawdopodobnie został stworzony dzięki czarnej magii. Po chwili zrobiła również mamuta, który wyglądał, jakby miał zamiar mnie zdeptać. Uniknęłam tego i zapytałam z nieodgadnionym wyrazem twarzy:
- Co to ma być?
- Iluzja - oznajmiła uśmiechając się i po chwili mamut rozpłynął się w powietrzu.
- Z pewnością przyda Ci się to nie raz - powiedziałam wyczekująco.
Złapała sztylet i się nim raniła, nawet jeśli zauważyłam, że rana minimalnie szybko się goiła i nie była śmiertelna, jednak...
- Jesteś masochistką czy co? - Zapytałam.
- Demonstruje Ci moją umiejętność, a raczej dwie - zmarszczyła brwi i wyciągnęła sztylet, a rana się zasklepiła.
- Regeneracja i... nie odczuwanie bólu? - Zgadłam.
- Owszem -nacisnęła na skórę i powstrzymała proces samoregeneracji i ułożyła palce w szpony, a następnie stworzyła siatkę za pomocą swojej krwi.
- Czyżby czarna magia? - Nie dałam po sobie poznać, ale byłam zadowolona, że mam tak dobrze rokującą uczennicę.
- Tak. O dziwo odrodziłam się posiadając już jej znajomość - opuściła rękę i krew powróciła do rany, która się zagoiła.
- Czy potrafisz coś jeszcze? - Zapytałam.
- Mogę się teleportować do Niebios lub Podziemi i potrafię wyczuć niewidzialną osobie lub wilka - Zerknęła na mnie.
- Jak to możliwe ze jesteś świadoma tych wszystkich mocy i nie musisz ich... no nie wiem... odkryć? - Zapytałam.
- Nie wiem ale gdy tylko Aoima uświadomiła mnie ze jestem wilczycą mroku w mojej głowie ujawniły się wszystkie moje możliwości - wyznała przyglądając się sztyletowi.
Zamyśliłam się myśląc o kontrakcie u tej osoby co mnie porwała, pewnie też by mi nowe moce podarował, ale się otrząsnęłam, nie mogę jej ulec, skoro chce mnie odebrać watasze.
- No dobrze łap za miecze i zaczynamy - rozkazałam, a ona odłożyła sztylet i płynnym ruchem podniosła miecze.
Pierwszym ruchem spróbowała zaatakować mój z pozoru nieosłonięty brzuch, lecz ja wykonałam zmyłkę rozpraszając ją jednym ostrzem, tak by nie mogła zablokować ostrza drugiego, które wykonywało dosyć niebezpieczny dla użytkownika manewr obronny. Zrobiła obrót i tym razem zaatakowała moją klatkę piersiową, lecz tym razem również ją zablokowałam.
Teraz chyba zamierzała podciąć mi nogi, lecz ja wykonałam prosty i niedbały wypad, który ona zablokowała w ostatniej chwili. Doskonałe wyczucie czasu i równowaga.
- Nieźle może nawet nie będziemy musiały próbować sztyletu - stwierdziłam, gdy zderzyły się nasze dwa miecze, a ja ją przy tym mocno odepchnęłam. Pchnięcia bardzo często są skuteczne.
Niemalże uderzyła w drzewo, lecz złapała się gałęzi, a następnie podciągnęła się, a następnie zeskoczyła na ziemię i znowu starłyśmy się wśród zgrzytu naszych broni, a ja musiałam chwilę poczekać nim znalazłam lukę w jej obronie. Ruszyłyśmy w swoją stronę przez co znowu skończyło się na zgrzycie naszych ścierających się obronie. Wytrąciłam jeden z jej mieczy, a następnie ją podcięłam i zabójczo szybkim ruchem zatrzymałam ostrze przed jej nosem z odległością mierzoną nie w centymetrach, lecz milimetrach.
 - Myślę że dwa miecze będą dla Ciebie odpowiednie - oznajmiłam i przestałam mierzyć w nią bronią.
- Myślę że kupie sobie jakiś pistolet z jakimś mniejszym kalibrem. Tak na wszelki wypadek - powiedziała, a ja się uśmiechnęłam.
- Broń z dużym zasięgiem też może się przydać więc w pełni popieram twoją decyzje - odparłam i ruszyłyśmy między drzewa.
Szłyśmy w milczeniu, a ja nagle się zatrzymałam, czułam na sobie obecność osoby trzeciej, potężnej osoby trzeciej. Już miałam zaproponować, byśmy poszli dalej, gdy nagle Demirę pochwycił jakiś cień. W moich rękach zmaterializowała się na nowo broń, a konkretniej dwa miecze, lecz czekałam z atakiem. Wróg miał przecież zakładnika, a nie chciałam być winna jej drugiej śmierci, znowu.
- Ty to Demira, prawda? - wyglądała, jakby miała mnie zabić. - Ja jestem Śmierć
- Jestem kobiecą "wersją" Śmierci ty natomiast znasz męską "wersje". On jest moim partnerem i razem rządzimy Podziemiami ale ponieważ zjawiłaś się ty wszystko się zniszczyło ponieważ mój ukochany dzieli piecze nad tobą z tą idiotką Życiem. Teraz spędza z nią czas żeby mogli się poznać i dzięki temu lepiej się dogadywać jak twierdzi. Jednak ja wiem że nic dobrego z tego nie będzie! - wrzasnęła i zaczęła dusić Demire.
W mojej ręce zmaterializował się piorun, który posłałam w kierunku "Śmierci" i tym samym wypaliłam jej w brzuchu wielką dziurę, a ona syknęła z bulem i uciekła między drzewa krzycząc:
- To jeszcze nie koniec głupia dziewucho!
Demira, która nareszcie mogła oddychać zachłysnęła się powietrzem, a ja jej podałam rękę pomagając jej wstać.
- Dziękuję że mi pomogłaś. Gdybyś tego nie zrobiła pewnie nie skończyło by się dla mnie na kilku siniakach na szyi - powiedziała zachrypniętym głosem i z wdzięcznością.
- Nie ma za co. Wydaje mi się ze powinnyśmy częściej trenować bo z tego co widzę masz nieźle przerąbane - spojrzałam na jej posiniaczoną szyję.
- Zgadzam się, a teraz lepiej wracajmy. Muszę jakoś skombinować sobie meble z miasta - powiedziała idąc w stronę naszej watahy.
- Być może będę mogła Ci jakoś pomóc ale nic nie obiecuje - oznajmiłam idąc obok niej.
- Dzięki. To może najpierw do miasta. Siniaków zaraz nie będzie o ile już nie znikły więc nie muszę wracać do jaskini - stwierdziła dotykając swej siły.
Ruszyłyśmy dalej, a ja po chwili milczenia powiedziałam:
 - Najwyraźniej nie ja jedyna mam problemy z którymi mogę sobie jak na razie sama nie poradzić.
 - Przecież umiesz walczyć - odparła. - Nawet ja ciebie nie pokonałam.
 - Pewnych rzeczy nie dokonam dzięki samej walce - powiedziałam. - I tak samo pewnych problemów nie rozwiążę.
 -  Pewnie nie - odparła. - Jakby co to możesz liczyć na mnie.
Tak naprawdę to mi nikt nie pomoże - dodałam w myślach. - To tylko kwestia czasu, a wtedy... Im mniej oni wiedzą tym lepiej.
 - Jasne - uśmiechnęłam się, ale nawet ja czułam, że był to uśmiech wymuszony i nienaturalny. - I ty na mnie również. A poza tym możesz zachować broń i masz jeszcze to - rzuciłam jej sztylet, a ona go złapała. - Zawsze może ci się przydać na bardzo krótkim dystansie do ataku z zaskoczenia. W końcu sztylety są dosyć skuteczne.
Nagle zamarłam słysząc w głowie:
 ~ Masz 96 godzin, by coś wymyślić.
Na mojej twarzy odbiły się mieszane uczucia, nie miałam pojęcia kto to był, ale... Nie wydawał się wrogi, ani przyjazny.
 - Chodźmy - powiedziałam, widząc, że chciała się zapytać mnie co się stało.
Domyślam się, że zorientowała się, iż coś ukrywam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz